wtorek, 14 maja 2013

Rozdział XIX - Abigail druga Trelawney


Streszczenie poprzedniego rozdziału dodałyśmy do "Streszczeń" (wiecznie w budowie, ech), więc przypomnijcie sobie. Miłego czytania!

PS: BONUS!

~*~

Ciężkie, przesycone różnorakimi aromatami powietrze docierało do nozdrzy nieco otumanionych uczniów. Kurz polatywał powoli, widoczny w wąskim promieniu słońca wpadającym przez lekko uchyloną zasłonkę.
 -Ponoć byłaś wczoraj w nocy z pewnym chłopakiem –powiedziała Daniel ściszonym głosem i nachyliła się nad okrągłym stolikiem w kierunku Rudej. Gdy dziewczyna podniosła głowę znad talii kart dostrzegła niepokojący błysk w oku koleżanki.
Abigail bez zmieszania przeniosła wzrok na podręcznik.
-Ach, to tylko David. Odprowadzał mnie. – wyjaśniła bez skrępowania.
Tym razem ze stolika obok wychyliła się Lucy, a jej chłopak Josh siedzący naprzeciw niej dyskretnie nachylił się w ich stronę udając, że wciąż wpatruje się w swoją talię kart.
-David? Ten słodziak z Gryffindoru? – zapytała podekscytowana blondynka. Zerknęła na nauczycielkę siedzącą za biurkiem i ostrożnie przysunęła swoja pufę do stolika Rudej i Daniel, tak by profesorka się nie zorientowała. Josh wygiął się jeszcze bardziej, gdyż przemieszczenie się jego dziewczyny przeszkadzało mu w odbiorze.
-Ten wysportowany pałkarz w ich drużynie? – spytała podekscytowana Daniel z diabelskim uśmiechem.
-Ten pajac, który zrzucił z miotły naszego obrońcę na meczu? – Luke nagle odchylił się na wzorzystej pufie.
-Nikt cię tutaj nie prosił! – fuknęła Daniel i popchnęła chłopaka na swoje miejsce. Dziewczyny (a także Josh, który sprytnie udawał, ze nie podsłuchuje, do którego dołączył Luke) wpatrzyły się wyczekująco  w Abigail, która dalej nie podnosiła głowy znad podręcznika.
-Tak, tak… to ten sam- odparła Puchonka z westchnieniem .
Jej koleżanki zaczęły cicho chichotać i zerkać na nią znacząco. Ruda nie specjalnie przejęła się ich typowo dziewczęcym zachowaniem. Luke naburmuszył się i odwrócił z powrotem do swojego stolika.
-Ha! Wiedziałem! Wywróżyłem to w zeszłym tygodniu! – odezwał się niespodziewanie Josh i  zaraz został potraktowany pięścią Lucy. Chłopak wcale się nie zrażając rozmasowywał bolące ramię i wyszczerzył się do niej.
-Wielki wróżbita się znalazł – warknęła, jednak odwzajemniła uśmiech swojego chłopaka i oboje powrócili do swojego stolika . – dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś? – wyszeptała pewna że nikt tego nie słyszy. Do końca życia trwała w tej świadomości.
-I co robiliście coś? – zapytałam Daniel nawet nieco zbyt głośno co zwróciło uwagę kilku osób, jednak wcale się tym nie przejęła.
Abigail uśmiechnęła się zagadkowo i wzruszyła ramionami.
-A teraz… -tajemniczy głos młodej nauczycielki przerwał Daniel, która już otwierała usta – odkryjcie kartę, którą wybraliście…
Abigail zżerana ciekawością wykonała polecenie. Na krągłym stoliku przed nią leżała ósemka pik. Natychmiast sięgnęła po podręcznik by zinterpretować znak, ignorując koleżankę, która wpatrywała się w nią natarczywie. Niespodziewana wizyta, odczytała.
Z rogu pokoju rozległo się ciche skrzypnięcie, a następnie nieco głośniejsze i klapa w podłodze, która służyła za wejście do sali otworzyła się. Przybysz wszedł po drabince do środka i stanąwszy w obłoku aromatów powachlował się ręką, by zdobyć nieco świeżego powietrza i kaszlnął.
-Dzień dobry –odezwał się, a Abigail rozpoznała głos Davida  – przysyła mnie dyrektorka.
Nagle  z końca Sali rozległ się okrzyk „O, sprawdziło się!”, jednak nie wywołało to większego poruszenia(zdarzała się to niemal na każdej lekcji), za to prawdziwa ekscytacja nastąpiła przy zajmowanych przez piątkę Puchonów stolikach. W ich paczce nie trzeba było używać słów. Daniel niemal straciła oddech szturchając ją w ramię. Lucy i Josh zerknęli jednocześnie na Abigail i szybko odwrócili się z powrotem udając, że wcale tego nie zrobili. A Luke spojrzał na nich wszystkich ze zniecierpliwieniem.
 Nauczycielka patrzyła na posłańca przez chwilę w milczeniu. Przez myśl przemknęło mu, że mogła mu nie uwierzyć.
-Jakoś tego nie przewidziałam – odparła profesorka podejrzliwie mrużąc oczy i zakładając ręce na piersi.
Chłopak milczał przez moment, jednak zaraz uśmiechnął się promiennie.
-To była nagła decyzja. –wybrnął zręcznie z sytuacji.
Chwilę wpatrywała się w szatyna spod pół przymkniętych powiek.
-Choć no tutaj, chłopcze – rozkazała w końcu i gestem nakazała by podszedł. Gryfon posłusznie zbliżył się do nauczycielki, która znienacka chwyciła go za policzki i mocno ścisnęła. David zmarszczył czoło, ale nie opierał się nawet wtedy, gdy kobieta zaczęła obracać jego twarz we wszystkie strony, a później zajrzała mu głęboko w oczy. Przez moment bał się, że chce go pocałować, mimo to miał ochotę się zaśmiać. Wolał jednak tego nie robić, bo nauczycielka wyglądała na nieco obłąkaną.
-I co wywróżyła coś pani? – wymamrotał z trudem, bo wciąż ściskała mu policzki.
-Chłopcze, ja tu sprawdzam czy nic nie brałeś – rzekła rzeczowym tonem i nagle puściła go – No dziecko, dobrze, jesteś czysty – powiedziała i poklepała go po policzku. David nie wiedział jak na to zareagować więc uśmiechnął się uprzejmie jak przeważnie robił.  – A więc co z tą dyrektorką?
-Abigail Gray proszona jest do jej gabinetu.-wyjaśnił i rozejrzał się po sali.
Profesorka dalej wydawała się niedowierzać. Nagle ni z tego ni z owego pacnęła się w czoło.
-Ach no tak! Przecież to widziałam! Jak mogłam zapomnieć – powiedziała, jakby sama do siebie - Oczywiście… Zostało to wywróżone… Abigail pośpiesz się, nie pozwól na siebie czekać – powiedziała profesorka i powolnym krokiem (który David określiłby jako nawiedzony) podeszła do biurka i zagłębiła się w dużym fotelu pocierając podbródek i wpatrując się w zamyśleniu w Gryfona. Pomyślał, że te wszystkie kadzidełka muszą źle wpływać na jej głowę. Chłopak nieco zmieszany zerknął w bok, w kierunku Rudej, która pospiesznie zbierała swoje rzeczy.
Albo się Abigail wydawało albo faktycznie profesorka puściła do niej oczko, kiedy obok niej przechodziła. Nie zastanawiając się nad tym dłużej podeszła do Davida, który puścił ją przodem, a następnie sam zaczął schodzić po stromej drabince.
-Ale duchota… tam nie idzie wytrzymać!  – powiedział szatyn, machając ręką przed twarzą.
Dopiero, co zdążył zejść z drabinki, gdy Abigail nagle wbiła mu paznokcie w ramię. David zarejestrował, że każdy jest w innym kolorze.
-Co zrobiłam? – wydarła się natychmiast w przerażeniu.-Wywalą mnie ze szkoły? Wal prosto z mostu, chce mieć to za sobą!
Oczy zaszkliły się jej lekko.
-Niee  – odparł z uśmiechem, choć zaczął czuć lekki dyskomfort w ramieniu. – Nawet lepiej.
Abigail ścisnęła go jeszcze mocniej, tak że aż lekko się skrzywił.
-Dowiedziała się, że byliśmy w Zakazanym Lesie? – Puchonka momentalnie zbladła.
David nie odpowiadał. Delikatnie odczepił rękę, która zacisnęła się na jego ramieniu. Abigail zbladła jeszcze bardziej.
-Powiedz, że to nie to! – zawołała spanikowana i chwyciła jego dłoń.  Ku zaskoczeniu chłopaka przycisnęła ją do swojej szybko unoszącej się klatki piersiowej.  
Tym razem to David zbladł. Mimo, że jego ręka nawet nie dotknęła skóry, poczuł pod materiałem koszuli coś czego nie powinien.
-No powiedz coś! – zapiszczała Abigail i potrząsnęła jego ręką.-Wywalą nas?
-Co tylko zechcesz… -mruknął w końcu, a zaraz otrząsnął się – TO ZNACZY TAK!... znaczy nie! Nie wyciągałbym cię w tak błahej sprawie, na Merlina…
Abigail odetchnęła z ulga i puściła jego rękę, a David uczynił to samo i wziął głęboki uspokajający oddech.
-Ale mnie wystraszyłeś… To czemu wyciągałeś mnie z lekcji? I nawet nie waż się mówić, że dyrektorka wcale mnie nie wzywała!
David zmarszczył czoło w zamyśleniu, bo przez moment zupełnie zapomniał po co tu przyszedł, jednak po chwili nadeszło olśnienie. Gryfon zerknął na jej lekko zniecierpliwioną minę, uśmiechnął się tylko i złapał ją za rękę.
 -Chodź! – powiedział i pociągnął ją w kierunku schodów.
-Ale gdzie? – zapytała zbita z tropu. David obrócił do niej twarz, był uśmiechnięty od ucha do ucha jak dziecko.
-Ivy i James się znaleźli! – oznajmił ucieszony.
Abigail z wrażenia omal by się nie zatrzymała, jednak David nie puszczał jej ręki.
-Co? Kiedy? – zapytała i przyśpieszyła kroku, by się z nim zrównać.
-To było tak – zaczął - Siedzę sobie na historii magii. Obudziłem się na moment, to postanowiłem zerknąć na mapę… a oni? Są w kuchni!- powiedział na jednym wydechu i wyjął z kieszeni szkolnej szaty kawałek pergaminu i spojrzał na niego. – Powinni tu zaraz być…
Szli jeszcze przez moment aż w końcu David zatrzymał się i Abigail uczyniła to samo zerkając na mapę. Kropki wyczekiwanych przez nich Gryfonów zbliżały się dość szybko. Z sąsiedniego korytarza dały się słyszeć ich głosy.
-Będą tu za trzy, dwa…- David zaczął odliczać, nie spuszczając oczu z mapy.
Tak jak się spodziewali zza rogu wyłonili się Ivy i James, z początku nawet ich nie zauważyli tak byli zajęci konwersacją.
-Gdybyś nie była taką zrzędą to bym nie narzekał - stwierdził Gryfon wpatrując się gdzieś w sklepienie pomieszczenia.
-A ja ci mówie, że wcale… - dziewczyna była wyraźnie zbulwersowana, jednak przerwała na widok dwójki stojącej przed nim. James najwyraźniej tez ich zauważył, bo na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech. 
-Uuu… co tu się działo jak mnie nie było?- zapytał i dopiero wtedy David uświadomił sobie, że wciąż trzyma Rudą za nadgarstek. Abigail, która szybko wysunęła dłoń z jego uścisku, a szatyn lekko zmieszany włożył ręce do kieszeni.
 James wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka.  Jego włosy sterczały z typową dla poranka zawziętością. Szare spodnie, biała niechlujnie wkasana koszula i nonszalancko zarzucony na szyję krawat w złoto czerwone paski dodatkowo podkreślały ten efekt.
-Gdzie wy byliście? – zapytał David, gdy już do nich podeszli – I dlaczego nie wracaliście?
James westchnął z rezygnacją, a Ivy w nerwowym geście włożyła dłonie do kieszeni. Dziewczyna w odróżnieniu od Gryfona wyglądała jakby  w ogóle nie przespała nocy – jej włosy były potargane, a oczy podkrążone.
-Długa historia… - odparł wymijająco James.- A wy co robiliście? – dodał zawadiacko i uśmiechnął się dziwnie.
-Szukaliśmy was przez cały dzień! – rzuciła z wyrzutem Abigail, co lekko mijało się z prawdą bo zaczęli to robić dopiero po lunchu, gdy nie dali już rady nic więcej zjeść.
James zmarszczył czoło i odezwał się dopiero po chwili.
-Nie było nas widać na mapie?
David pokręcił przecząco głową.
-Ale bajer! – James wyraźnie się ucieszył, bo klasnął w dłonie. – Ciekawe dlaczego tak się dzieje…
-A czy to ważne? Opowiadajcie wszystko po kolei! – rozkazała Abigail, czując że dłużej już nie wytrzyma. Wciąż pamiętała, że założyła się z Davidem o to czy specjalnie zniknęli czy zdarzyło się to przypadkiem. Stawiała, że ich czyn był całkowicie, totalnie zamierzony, choć nie potrafiła powiedzieć, dlaczego tak uważa. Wiedziała tyle, że musi wygrać, bo założyli się o przysługę, a chłopcy w wieku Davida mieli bardzo bujną wyobraźnię. Jej brat, Benjamin był tego doskonałym przykładem.
Gryfon zmarszczył czoło i już miał otworzyć usta by zacząć opowieść, lecz Ivy go uprzedziła i odezwała się ściszonym głosem:
-Lepiej stąd chodźmy, bo jeszcze Filch tu przylezie...
-A no tak… -mruknął David, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego faktu – A właśnie Switchowa pytała gdzie się podziewacie. Chyba mi nie uwierzyła, że oboje jesteście chorzy.
-Tak jej powiedziałeś? – James pacnął się w czoło - To chyba najgłupsze, co można było…
Zza zakrętu niemal bezgłośne wyszedł profesor Flitwick, którego zauważyli dopiero, gdy już zmierzał w ich stronę. James w instynktownym odruchu już przybrał pozycję do biegu i właśnie miał zamiar w ekspresowym tempie razem z Ivy zniknąć w jakimś korytarzu, gdy nauczyciel odezwał się zachrypniętym ze starości głosem.
-Nie tak prędko, panie Potter – powiedział wciąż idąc w ich stronę – Panno Hunter, ciebie też się to tyczy – dodał i Gryfoni byli zmuszeni posłuchać.
Ivy głośno zaczerpnęła powietrza, James zacisnął szczęki, a Abigail założyła ręce za plecy i zaczęła bujać się na piętach. David dla odmiany jako jedyny nie wyrażał żadnych oznak zdenerwowania.
-Panie Smith i Panno…eee…-nauczyciel zaciął się, najwyraźniej nie mogąc przypomnieć sobie nazwiska dziewczyny.
-Grey – przypomniała uprzejmie Puchonka.
-Tak, właśnie... Czemu nie jesteście na lekcjach? – spytał niski profesor, przyglądając im się spod krzaczastych brwi.
-My… eee… - zająknęła się Ruda.
-Właśnie wracaliśmy do sali – wtrącił szybko David i Abigail pokiwała energicznie głową.
-No to prędko, do klasy! A Pan Potter i Panna Hunter proszę za mną do gabinetu dyrektorki. Od południa wszyscy was szukają.
Ciężko było stwierdzić, które z nich bardziej zbladło Ivy czy James, jednak oboje posłusznie poszli za starym nauczycielem. James obrócił na moment twarz w stronę Davida, który rzucił mu pocieszający uśmiech i zniknął z Rudą na chodach.
James na moment uchwycił spojrzenie Ivy, która najzwyczajniej w świecie wyglądała na przerażoną. Pomyślał, że znacznie bardziej niż wtedy, gdy wchodziła do lasu. Mógł się założyć, że nigdy nie była w dyrektorskim gabinecie, więc w sumie nie był zdziwiony jej reakcją. Żeby opisać straszność McGonagall musiałby użyć bardzo brzydkich słów.
Chciał się nawet zdobyć na nonszalancki uśmiech, by dodać Ivy otuchy (a chyba nawet bardziej sobie), jednak nie mógł się na to zdobyć. Doskonale wiedział skąd te nerwy i na pewno nie wiązały się z odwiedzeniem gabinetu, bo był tam tyle razy, że zdążył  przeprowadzić konwersację z połową obrazów wiszących za biurkiem(które były przyczyną połowy plotek w Hogwarcie – drugą połową była Abigail) i właściwie to nie powodowało u niego  niemal żadnego stresu.
Jednak teraz jeszcze nigdy tak bardzo nie bał się spotkania z dyrektorką.




***
-Potter, jeśli myślisz, że fakt że twój ojciec dokonał wielu rzeczy i utrzymujemy kontakt, miałby powstrzymać mnie od wymierzenia ci odpowiedniej kary to jesteś w błędzie – Dyrektorka zagrzmiała zza swojego biurka i uderzyła dłońmi o blat.
-Skądże Pani profesor, przez myśl by mi to nie przeszło… -odparł James potulnym tonem – to mogę już dostać ten szlaban i iść grzecznie na lekcje? – zapytał głosem pełnym nadziei.
-Najpierw chcę się dowiedzieć co wy dwoje robiliście przez noc i dzisiejszy ranek poza dormitoriami – rzekła ostro, przenosząc wzrok raz to na Ivy, którą chyba sparaliżowało i Jamesa, który nawet zaprzestał już nerwowego mierzwienia włosów.
-My… Jakby to wyjaśnić …– zaczął James i zerknął na Ivy, która dostrzegła w jego spojrzeniu błaganie o pomoc.
-Krótko i na temat, panie Potter. Nie mam całego dnia. – ucięła oschle.
-No dobrze, pani profesor… -James wydął policzki i powoli wypuścił powietrze z płuc – Pewien pokój wciągnął nas do środka i nie chciał wypuścić.
Ivy przemknęło przez myśl, że to największy idiota jakiego znała.  Dodatkowo poczuła jak nogi lekko jej drgają ze stresu, bo zdawała sobie sprawę, że powiedzenie, że pewien pokój ich „wciągnął” było mocnym nagięciem prawdy,  gdyż tak naprawdę sami weszli do niego chcąc ukryć się przed Filchem i to w dodatku uprzednio kradnąc ingrediencje ze składzika. Zerknęła na dyrektorkę, która podniosła brew z niedowierzaniem. Blondynka wstrzymała oddech i wyprostowała się jak struna, jakby przewidując nagły wybuch gniewu.
-Potter, czy ty dobrze się czujesz?!  - spytała kobieta rozdrażnionym tonem i ponownie uderzyła dłońmi w blat – Takiej bzdury w tym gabinecie to jeszcze nie słyszałam! Rozumiem, że ponownie chcesz się wymigać od kary, ale tak głupimi kłamstwami….
-No dobrze…- westchnął chłopak, by przerwać jej monolog - Sami weszliśmy do tego pokoju, ale reszta to prawda! Pani profesor niech mi pani uwierzy! – James wydawał się być zdesperowany. Ivy zerknęła na dyrektorkę niepewnie: jej nozdrza drgały groźnie. Już to wystarczyło, by nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po karku. Spuściła wzrok na swoje dłonie.
-Sądzę, że byłabym nierozsądna gdybym postanowiła uwierzyć uczniowi, który dopiero co chciał mnie okłamać – rzuciła cierpko dyrektorka.
-Ale pani profesor… - zaczął ponownie James z udręczoną miną.
-Cisza, panie Potter – ucięła i spojrzała na niego spod ściągniętych brwi – Ostrzegałam, że jeszcze jeden wybryk i poniesie pan odpowiednią karę. Był pan tego świadomy.
James po usłyszeniu tych słów osiągnął apogeum desperacji i zawołał niemal rozpaczliwie.
-Błagam, niech mnie Pani tylko nie wyrzuca z drużyny!
W tym momencie Ivy poczuła jakby wielki kamień spał jej na dno żołądka. Przypomniała sobie, że James coś o tym wspominał…. Zerknęła w bok, Chłopak wpatrywał się w dyrektorkę z niedowierzaniem.
-Za dwa dni mecz, muszę grać! – zawołał ze złością –Nie znajdą nikogo na moje miejsce w tak krótkim czasie!
-Cisza! – przerwała mu ostro, a James z gniewnym grymasem zamknął usta – Doskonale wiem, co pan musi a czego nie, a nie powinno być pana  poza dormitorium w godzinach nocnych. A w szczególności z osobą płci przeciwnej – dodała ostro i spojrzał na Ivy.
-Ale, co pani…-zaczął James, ale był tak zbulwersowany, że na nawet nie dokończył zdania. Gryfonka była w nie mniejszym szoku i na jej policzki wstąpił krwawy rumieniec.
-To nie pierwszy taki przypadek – stwierdziła chłodno i zerknęła na nich spod okularów – choć nie twierdzę, że było ich wiele.
-No i świetnie! – warknął James, zapominając zupełnie o dobrym wychowaniu – I tak zawsze pani nigdy mi nie wierzy, więc po co mam się tłumaczyć i zaprzeczać? – zapytał czysto retorycznie i założył ręce na piersi.
Nastała chwila ciszy,  w której James wpatrywał się w dyrektorkę ze wściekłością, a Ivy dalej nie była  wstanie się odezwać. Kobieta poprawiła okulary i spojrzała na nich wydając werdykt.
-Zostajesz wyrzucony z drużyny do końca roku. – zwróciła się surowym tonem do naburmuszonego chłopaka - Masz całkowity zakaz korzystania z miotły. Oddasz ją Panu Filchowi na przechowanie, a panna Hunter będzie pomagała czyścić szkolne korytarze przez tydzień  – tym razem odezwała się do bladej jak trup blondynki -  a teraz żegnam. – Dyrektorka wskazała drzwi i zajęła się podpisywaniem jakiś papierów lezących na biurku, najwyraźniej uznając, że już zakończyła sprawę.
-Prędzej oddam miotłę Albusowi niż temu staremu charłakowi – mruknął pod nosem James. Dyrektorka łypnęła na niego groźnie, jednak zanim zdążyła go zbesztać, wstał gwałtownie i ruszył w kierunku wyjścia.
McGonagall zwróciła uwagę na blondynkę, która wciąż siedziała przy biurku.
-Panno Hunter, pani też się to tyczy.
Ivy wstała powoli.
-Chciałabym to wszystko wyjaśnić. – powiedziała.
Mcgonagall rzuciła jej zniecierpliwione spojrzenie znad okularów, jednak zaraz wróciła do dokumentów lezących na biurku. James zatrzymał się przy drzwiach.
-No dobrze, tylko szybko – westchnęła.
Gryfonka wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić.
-James owszem zmyślił pierwszą wersję, jednak zrobił to tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał zawieźć swojej drużyny i domu. – powiedziała powoli, starannie dobierając słowa. Schowała dłonie za  plecy by ukryć zdenerwowanie i kontynuowała – Sami weszliśmy do tego pokoju, a James po prostu bał się, że oskarży go Pani o złamanie regulaminu z premedytacją czego można by się po nim spodziewać… dlatego skłamał.
Dyrektorka uniosła głowę i poprawiła okulary.
-Tym razem jednak jest niewinny. To był mój pomysł, żeby wejść do tego pokoju, skłoniłam go do tego – powiedziała z wyraźną skruchą – Byłam ciekawa co tam jest, a drzwi były otwarte…
-To był mój pomysł! – odezwał się nagle James rozeźlonym tonem z drugiego końca gabinetu.-Teraz to już mam wszystko w…
-Tak, tak jasne, a nie pamiętasz jak musiałam ciągnąć cię za rękę, żebyś ze mną poszedł? – przerwała mu i rzuciła mu groźne spojrzenie - W każdym razie – kontynuowała i spojrzała na dyrektorkę - Później drzwi żadnymi sposobami nie chciały się otworzyć i siedzieliśmy tam cała noc i część ranka.
Dyrektorka spojrzała na nią. Ivy czuła jak serce kołacze się w jej piersi - nie wiedziała czy jej wersja jest wystarczająco wiarygodna.
-Tylko dlaczego taka bezproblemowa uczennica, nagle po sześciu latach nauki, postanowiła złamać tak poważnie regulamin? – zapytała kobieta rzeczowym tonem.
Ivy zerknęła w bok i zagryzła wargi. Takiego pytania się obawiała. Nawet nie musiała udawać zażenowania, wyszło całkowicie naturalnie.
-B-bo… James-zawahała się na moment jakby te słowa nie chciały jej przejść przez gardło – James zawsze wydawał mi się taki o… odważny. – zrobiła krótką pauzę, starając się kontrolować głos - Myślałam, że jeśli pójdę razem z nim to… -nagle zacięła się.
-Tak? – pośpieszyła ją dyrektorka ze srogą miną.
Ivy przełknęła głośno ślinę i odezwała się niemal szeptem.
 -…Że mu tym zaimponuje i mnie polubi… - powiedziała i wstrzymała oddech, a przez myśl przeszło jej że wolałaby stoczyć walkę z wierzbą bijącą albo zostać spalona na stosie niż w ogóle to powiedzieć.
Zapanowała cisza. Najgorsze wcale nie było to, że powiedziała coś takiego(co oczywiście było kłamstwem), ale świadomość, że James stoi przy drzwiach i wszystko słyszy. Pomyślała, że jeśli jakoś to przetrwają to do końca roku będzie go z wielką starannością unikać.
-To naprawdę nie była jego wina – dodała trochę głośniej.
Nastała chwila ciszy, w której jakoś musiała znieść poczucie wstydu. Nawet nie chciała sobie wyobrażać jaką James teraz ma minę, jednak Ivy bardziej starała się skoncentrować na McGonagall, która wpatrywała się w nią z mieszanina zwykłej surowości i znużenia.
-A wyglądałaś na taką mądrą, Panno Hunter – powiedziała dyrektorka, a Ivy zamarło serce w oczekiwaniu na jej decyzję.
 McGonagall westchnęła i złożyła w jedno miejsce  stertę dokumentów, by poprawić okulary i wziąć się za podpisywanie następnej. – Dobrze – rzekła w końcu, a Ivy poczuła się jak spetryfikowana. – Pan Potter zostanie w drużynie, ale i tak oboje będziecie przez miesiąc pomagać panu Filchowi w jego obowiązkach. Macie zgłosić się dzisiaj do jego gabinetu.
Ivy poczuła tak nagłą ulgę, że myślała, że  powrotem opadnie na krzesło, a z końca gabinetu rozległ się okrzyk dzikiej radości.
-Panie Potter, to nie miejsce do tego typu zachowań! Minus dziesięć punktów!– dyrektorka zjeżyła się, a James wypadł jak dziecko z gabinetu.
Ivy przez moment patrzyła za nim, a później zdała sobie sprawę, że stoi już tak parę dobrych chwil, a dyrektorka wyczekująco się w nią wpatruje.
-To ja… już sobie pójdę. Do widzenia – rzuciła. Zszokowana, że się udało i niemal truchtem dotarła do dębowych drzwi gabinetu. Zbiegła po krętych, kamiennych stopniach i niemal potknęłaby się o Jamesa, który swoją radość postanowił wyładować na zimnej posadzce.
-Tak! Jestem w drużynie! Jestem w drużynie… -powtarzał bez opamiętania, trzymając się za głowę -  dzięki ci boże…
-Nie ma sprawy – mruknęła i zrobiła nad nim duży krok i zaczęła iść w stronę hollu.
Serce wciąż nie wróciło do normalnego rytmu. Chciała jak najszybciej się stamtąd ulotnić, byle zdała od Jamesa. Zdążyła przejść raptem parę kroków, kiedy usłyszała jego głos.
-Naprawdę uważasz, że jestem taki odważny? – zapytał. Przez moment zastanawiała się czy nie iść dalej, jednak odwróciła się do niego. James już nie leżał, a siedział na posadzce i opierał się o nogi kamiennego gargulca.
-Zmyślałam – stwierdziła beznamiętnie. Jednak mimowolnie uśmiechnęła się do siebie i powoli odwróciła się z powrotem chcąc kontynuować swoją wędrówkę, gdy nagle zza zakrętu ze sporą prędkością wyleciały dwie postacie i omal nie zwaliły ją z nóg. Ktoś złapał ją za ramiona i zaczął potrząsać. Kolorowe paznokcie wbiły się w jej skórę i Ivy wrzasnęła.
-I jak było? – zapytała rozgorączkowana Ruda.
-Co wam powiedziała? – dorzucił David, niemniej podekscytowany.
Gryfonka skrzywiła się i wyswobodziła się z uścisku Puchonki.
-Szlaban – wyjaśniła krótko. Chyba pierwszy raz to słowo wywołało u niej uśmiech. David wyraźnie się ucieszył, więc i Abigail wyszczerzyła się, wydała radosny pisk i objęła Ivy – Puście mnie, bo mnie udusicie!
-Nie wywalili mnie! Słyszysz David?  Dalej jestem w drużynie! Będziemy mogli skopać tyłki Ślizgonom! – wydarł się James i podbiegł do nich, ostatnie dwa metry przemierzając ślizgiem po błyszczącej podłodze i wpadając w pozostałą trójkę.  Ich dziką wesołość przerwał brzydki głos kamiennego gargulca.
-Tutaj próbuje się spać! 
-Chodźmy stąd. Nie mam zamiaru już tam wracać – powiedziała Ivy.
 Szybko przemknęli przez korytarz do starej części zamku, gdzie mogli spokojnie porozmawiać.
Weszli do starej sali do transmutacji, w której kiedyś już byli. Zamknęli drzwi zaklęciem i rozsiedli się na ławkach.
-No więc, opowiadajcie! – powiedziała Abigail nie mogąc usiedzieć na miejscu z podekscytowania .
Ivy westchnęła.
-Wracaliśmy do wieży, kiedy spotkaliśmy Filcha, schowaliśmy się w pokoju, który okazał się Pokojem Życzeń i później nie mogliśmy wyjść. Koniec opowieści.
-Gdzie twoja rana? – zapytał David, obracając się by spojrzeć na ramię kolegi, które było całe i zdrowe. Nawet koszula nie była już podarta – I koszula widzę też nowa.
-Nie. Wystarczyło kilka zaklęć – skwitował James z uśmiechem – A na ranę zrobiłem sobie eliksir.
Ivy chrząknęła cicho.
-To znaczy ja i Ivy zrobiliśmy. – poprawił się chłopak.
Dziewczyna spojrzała na niego wrogo.
-No dobra, Ivy zrobiła, ale grunt, że miałem dobre chęci. – oznajmił i z uśmiechem zmierzwił włosy.
-I siedzieliście tam tak przez tyle godzin? – zapytała podejrzliwie Abigail.
Ivy wróciła myślami do tamtego momentu.


***

Trochę nam zeszło, ale jest wasz długo oczeiwany, nowy rozdział! Mamy nadzieję, że się cieszycie, bo tak bardzo nie miałyśmy ochoty iść do szkoły i jednocześnie tak bardzo pragnęłyśmy coś napisać, że policja spisała nas w drodze do domu. No, ale cóż to wena, nie można z nią walczyć. Na pewno nie żałujemy :P

wtorek, 26 marca 2013

Rozdział XVIII - Poszukiwany, Poszukiwana

Czujemy, że ten rozdział nadaje się za przeproszeniem do czterech liter, ale cóż... nie wszystko zawsze musi być udane, a my postanowiłybysmy być jeszcze bardziej niedoskonałe niż zwykle. 

~*~

-Co ty… co ON tu robi?! Oj, tym razem przegięłaś, kochana, masz przechlapane! 
Wokrągłym przejściu stał średniego wzrostu chłopak, o szarych oczach i lekko powywijanych jasnobrązowych włosach. Na jego twarzy mieszały się różne emocje: z początku zaskoczenie, graniczące z szokiem, które jednak po chwili przerodziło w zdenerwowanie połączone ze złośliwą satysfakcją. 
Abigail poczuła jakby coś ciężkiego opadło jej na dno żołądka. Fortunność tego zdarzenia była bardzo wątpliwa. David jednak nie wydawał się tym zbyt przejęty, mimo to przezornie wyprostował się na tyle na ile pozwalało mu niskie sklepienie i zdjął rękę znad ramienia Abigail, by zwiększyć dzielący ich dystans. Zlustrował Puchona wzrokiem i odczuł wrażenie, że skądś go kojarzy. I bynajmniej nie były to pozytywne wspomnienia.
-O co ci chodzi? – zapytała wyniosłym tonem. Zadarła podbródek, by sprawić wrażenie pewnej tego co robi i totalnie niezakłopotanej wynikła sytuacją. Przez tyle lat obcowania ze swoim bratem udało jej się doprowadzić tę umiejętność do perfekcji.
-Udajesz głupią czy naprawdę taka jesteś? – zapytał, mrużąc stalowe oczy – właź tutaj – rozkazał i wskazał ręką na wnętrze Pokoju Wspólnego. 
Abigail spojrzała na niego z wyższością.
-Hmm… Nie –  stwierdziła obojętnym tonem i  zadufaną miną odwróciła się do niego bokiem, zakładając ręce na piersi.
Chłopak wyraźnie zirytowany zachowaniem Rudej, już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy w tym momencie niespodziewanie usłyszeli stłumiony śmiech Davida. Puchon rzucił Gryfonowi złowrogie spojrzenie, jednak ten nic sobie z tego nie robił i spojrzał na Abigail, której foch wyglądał wręcz komicznie.
-Zresztą… rób jak chcesz. To ty będziesz miała przechlapane u rodziców nie ja. – stwierdził chłopak również zakładając ręce na piersi. Wyglądali teraz bardzo podobnie. Abigail głośno zaczerpnęła powietrza.
-Tylko spróbuj… - powiedziała i podeszła do niego grożąc mu palcem.
-No nie wiem, nie wiem… Słyszałem, że rodzice ostatnio dali ci sporo kasy – powiedział i zerknął wymownie do góry.
-Jeśli myślisz, że coś ode mnie wyłudzisz…- zaczęła, ale nie dokończyła zdania, bo przypomniała sobie  o  Davidzie, który stał z boku, próbując nie podsłuchiwać ich konwersacji. – Narazie…. i dzięki za odprowadzenie –Zwróciła się do niego z uśmiechem, a następnie przeszła pod ramieniem brata, który dalej stał  w przejściu, do Pokoju Wspólnego.
Puchon rzucił Davidowi mordercze spojrzenie, na co ten tylko się uśmiechnął i podniósł brwi. Po chwili drzwi zatrzasnęły się z hukiem i Gryfon został sam w małym przedsionku. Zza drzwiami rozległy się podniesione głosy.
-To niesprawiedliwe, że tobie dali, a mnie nie! Mogłabyś się podzielić z własnym bratem!
-Własny brat to by mnie nie chciał wsypać!
-Oj, przecież sobie tylko żartowałem a ty tak wszystko na serio…
-Ja już cię znam, za nową miotłę to byś mnie oddał Arabom! Wciąż pamiętam jak byliśmy w Bułgarii…
-Stare dzieje…
David zmarszczył czoło, a myślał, że to James ma dziwną rodzinę (choć nie żeby ich nie lubił). Pomyślał, że chciałby kiedyś zapytać Abigail o historię z Arabami. Bawiło go to wszystko, ale uznał, że niegrzecznie jest podsłuchiwać cudze rozmowy. Niespodziewanie przypomniał sobie  skąd kojarzy tego chłopaka, był szukającym w drużynie Hufflepuffu. To on na ostatnim meczu złapał znicza przed Ivy. 
David cicho opuścił beczkę. Automatycznie wyjął mapę z kieszeni spodni i przerzucił bluzę przez ramię. Przejechał wzrokiem po pergaminie i zauważył jak Filch wchodzi do swojego skromnego gabinetu na drugim piętrze. Już kiedyś miał okazję go odwiedzić i nigdy więcej.
Dziarskim krokiem ruszył przed siebie obierając najkrótszą drogę do dormitorium. Nawet nie zapalał różdżki, znał trasę na pamięć.
Gdy wreszcie stanął przed Grubą Damą, bez zdziwienia spostrzegł że śpi. W końcu było już trochę po północy. Odkaszlnął i powiedział na tyle głośno by wyrwać kobietę ze snu, jednak nie na tyle by zwrócić uwagę pozostałych obrazów. Tego na pewno by nie chciał.
-Wybacz, że budzę. Mógłbym wejść? – zapytał, szczerząc się do otyłej kobiety na obrazie. Ta z nieco zniesmaczonym wyrazem twarzy leniwie podniosła powieki i zerknęła na Gryfona. Westchnęła i odezwała się niezadowolonym tonem.
-Uczniom nie wolno przebywać poza łóżkami o tych porach, a ciebie to widziałam tu już ze sto razy  – stwierdziła chłodno, ale najwyraźniej nieco udobruchana jego uprzejmym przywitaniem zaraz dodała – hasło?
David w myśli przybił sobie piątkę.
-Puszek Pigmejski.
Wrota uchyliły się, a on wszedł do środka. David wiedział jak obłaskawić jędzowaty obraz i niemal za każdym razem udawało mu się przejść bez zbędnych awantur. Przez tyle lat wracania o niewłaściwych godzinach nauczył się że wystarczyła jedynie odrobina taktu. Kiedy robił to James, Gruba Dama swoim oburzonym krzykiem budziła wszystkie portrety dookoła, co kończyło się przeważnie pojawieniem się Filcha.





Później standardowo,  za każdym razem musieli się chować i czekać aż pójdzie by ponownie móc spróbować wejść do środka.
Wciąż miał w głowie pamiętną sytuacje, kiedy to po imprezie (w której uczestniczyli tylko oni dwaj), która odbyła się za żywopłotem na błoniach, z okazji zaliczeni SUMów z transmutacji James nieco wstawiony próbował dostać się do środka. W wielkim skrócie, próbował przekonać obraz co działania swojego uroku osobistego. Oczywiście hasła nie pamiętał, ale to nie zmieniało jego mocnego przekonania, że jego to nie obowiązuje. Dama dała upust swojej złości, oburzonymi krzykami, w których pojawiło się parę co ciekawszych wyzwisk co z kolei sprowadziło woźnego, który widząc ich w nie do końca trzeźwym stanie, zaprowadził ich prosto do dyrektorki. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie, nie chciał sobie przypominać szczegółów, ale pamiętał, że to był szlaban stulecia, a James popadł w depresje z powodu codziennych wyjców od matki. Wtedy naprawdę cieszył się, że przynajmniej jemu to  nie grozi.
Kiedy wszedł do środka, Pokój Wspólny był pusty  a ogień w kominku już przygasał. Wbiegł po schodach do sypialni chłopców i wpadł do swojego dormitorium. Od razu jego uszu dobiegło głośne, znajome chrapanie. Zapalił różdżkę. Nie bał się, że kogoś obudzi – było to praktycznie niemożliwe, przypuszczał nawet że nagłe trzęsienie ziemi nie byłoby wstanie wyrwać jego współlokatorów z objęć Morfeusza. Poczuł jak jego samego zaczyna dopadać zmęczenie.
Nie patrząc pod nogi przeszedł przez zawalony wszystkim co możliwe pokój. Bez ceregieli zdjął koszule i spodnie, wskoczył do ciepłego łóżka. Nie musiał długo czekać na sen, w którym jakiś wielki włochaty stwór gonił go po lesie, a on usiłował przed nim uciec.


***

Davidowi wydawało się, że minęła zaledwie chwila, kiedy poczuł mocne szturchnięcie w plecy. Usłyszał nad sobą czyjś głos, chyba coś do niego mówił.  Nie wiedział czego chce, nie był na tyle przytomny by dobrze zrozumieć słowa.
-Leży w szafie… -mruknął w odpowiedzi. Miał nadzieję, że to wystarczy i natręt wreszcie da mu spokój. Nawet nie otworzył oczu tylko ponownie przytulił się do białej puchowej poduszki i nakrył się dokładniej miękką kołdrą.
-Co takiego? – kolega dalej nie dawał mu spać, więc podciągnął pierzynę na głowę –Pytałem gdzie jest James.
-Odejdź…- jęknął chłopak, za wszelką cenę nie chcąc wracać do rzeczywistości.
-Wstawaj! - jego współlokator był nieugięty.
David najwyraźniej  był równie uparty i nie zamierzał wykonywać polecenia, bo zaraz ponownie rozległo się ciche chrapanie.
Z początku nie wiedział jakim sposobem z łomotem znalazł się na drewnianej podłodze, w każdym razie zmusiło go to do otwarcia oczu. Nad sobą zobaczył swojego kolegę, Johna chowającego różdżkę do kieszeni. Nie zaskoczyło go to. Przywykł do takich pobudek.
-Co znowu? – zapytał zbierając się z ziemi. Był w samych zielonych bokserkach w jego ulubiony wzór - w śnieżynki. Postanowił ubrać się w coś, kiedy poczuł lekki chłód na skórze.
-James nie wrócił na noc? –zapytał John, niby od niechcenia i za pomocą różdżki przerzucił całą masę ubrań leżących na drewnianej podłodze na swoje łóżko, by zrobić przejście.  
-Może postanowił spędzić tę noc z Katie? – z łazienki dobiegł  ich głos, a następnie złośliwy chichot Vince’a.
David sięgnął po spodnie które wczoraj niedbale rzucił na ziemię i ziewnął przeciągle.
-Niee… -zaprzeczył naciągając je na nogi – …jest z Ivy.
Z łazienki ponownie dobiegł ich śmiech.
-z Ivy powiadasz? – zapytał John, podnosząc brwi.
Dopiero wtedy David zdał sobie sprawę, że to co powiedział mogło zabrzmieć nieco dwuznacznie.
-A to ciekawostka – drzwi od łazienki otworzyły się i w przejściu pojawił się Vince z ręcznikiem na biodrach, zanim David zdążył sprostować swoją wypowiedź. Jego głos brzmiał niewyraźnie, bo w ustach trzymał szczoteczkę do zębów.
-Niee…  – jęknął David – James dalej jest z Katie… Jak mogliście pomyśleć, że on i Ivy… -w tym momencie udał odruch wymiotny i podniósł się zimnej podłogi.
-Masz rację – powiedział Vince kiwając głową – chociaż biorąc pod uwagę skłonność Jamesa do skoków w bok… - w tym momencie zrobił krótką pauzę - Chociaż… Nie. Nie, w żadnym wypadku. Masz rację.
John zmarszczył czoło.
-A właściwie czemu nie?
David spojrzał na niego zdziwiony, ale zaraz kontynuował poszukiwania jakieś czystej koszuli.  
-No tak, nie jesteś w drużynie.  – mruknął Vince – Gdybyś był to byś wiedział.
-Jesteśmy na tym samym roku, chodzimy razem na lekcje od sześciu lat, więc w sumie to ją znam. Nawet zamieniliśmy parę słów, jest całkiem miła . I jakby się zastanowić to brzydka chyba też nie jest.  Z przodu trochę decha, ale z tyłu…
David wydał bliżej nieokreślony dźwięk i zatkał uszy i spojrzał na Vinca, który stał nie wzruszony przy drzwiach od łazienki i tylko przewrócił oczami.
-Przestań.
-No co? Tylko stwierdzam fakty – John wzruszył ramionami i machnął różdżką w kierunku butów, które wyleciały spod sterty książek.
-Dobra, pośpieszcie się. Mamy dziesięć minut – powiedział Vince, zerkając na zegarek.
Gdy już się ubrali, spóźnieni pobiegli na lekcje. Po chwili wpadli do sali, w której odbywały się zajęcia z  transmutacji.
-Smith, Iwanow, Venner minus pięć punktów dla każdego. Siadać! – rozkazała ostro profesor Switch.
-Dzień dobry, nasza kochana profesor Switch – mruknął pod nosem Vincent i razem z resztą posłusznie usiedli jak zawsze w ostatnich ławkach.
-Jak zwykle gorące powitanie -wtrącił półszeptem Johny. 
-A gdzie Pan Potter, jeśli można wiedzieć? – spytała Switch, podchodząc do nich i uderzając końcem różdżki o blat ławki Davida. Chłopak przełknął ślinę i odchylił się na krześle, tak bardzo ja tylko się dało. Nie chciał widzieć profesorki z tak bliska ani tym bardziej czuć jej nieświeżego oddechu. – Proszę się nie bujać, panie Smith! To nie przedszkole!
Nóżki krzesła w jednej chwili opadły na podłogę, a David z nieco wystraszona minę spojrzał na prosfesorkę.
-On, eee…- chłopak zająknął się. Nigdy nie potrafił dobrze kłamać. Nie miał pomysłu na żadną przekonującą odpowiedź  „Może powiem, że jest jeszcze na śniadaniu, albo ma indywidualny trening… ale nie, w trakcie lekcji przecież nie może być… o, albo ma szlaban. TAK! To bardzo prawdopodobne...” Nim jednak zdążył powiedzieć cokolwiek na głos, Vince wyratował go z opresji. 
-Źle się poczuł – odparł lekko Venner. Profesor Switch podniosła nieznacznie brwi i łypnęła groźnie na całą trójkę.
-Sprawdzę to później- odparła, wciąż mierząc ich podejrzliwym spojrzeniem. David odetchnął z ulgą, kiedy profesorka odwróciła się i zaczęła przechadzać się wzdłuż ławek. Gdy doszła niemal do końca rzędu, odwróciła się raptownie co spowodowało nieprzyjemny skurcz w żołądku Gryfona..
-A panna Hunter? Gdzie jest? – zapytała swoim zwykłym wyniosłym tonem. David zachłysnął się powietrzem, Vince zerknął na niego kątem oka. Przez moment panowała cisza, po chwili jednak z jednej z środkowych ławek odezwała się jakaś brunetka. David wywnioskował, że to musi być jej współlokatorka.
-Ona… Ona też się źle poczuła. –dziewczyna odezwała się cicho.
-Jadłaś w ogóle śniadanie? mów głośniej dziewucho!- zagrzmiała nauczycielka i wlepiła spojrzenie przypominające wzrok bazyliszka w Gryfonkę. Dziewczyna poczerwieniała. David wychylił się z ławki i obserwował jak brunetka z pierwszego rzędu,  próbuje coś powiedzieć. Widząc to sam poczuł przypływ paniki i stresu, co jego samego niemal sparaliżowało. Gdyby nie strach przed profesorką to być może pomógłby biednej dziewczynie, jednak nie mógł się odezwać, bo głos uwiązł mu w gardle. Bał się niewielu rzeczy lecz surowa, nauczycielka transumtacji i zarazem opiekunka Gryffindoru potrafiła przyprawić go o gęsią skórkę.
W klasie zapanowała całkowita cisza. Siedząca w drugim rzędzie Abigail drgnęła lekko. Pani Switch zmrużyła oczy.
-Wracamy do tematu. – rzekła oschle – Otwórzcie podręczniki na stronie sto dwudziestej pierwszej. Przeczytajcie notatkę o transmutacji wtórnej u płazów i…
John nachylił się do Davida i Vince’a, kątem oka obserwując nauczycielkę.
-David gdzie ich wcięło? – zapytał szeptem.
-Nie mam pojęcia – mruknął David wzruszając ramionami. – To dziwne.
-Nie włóczyliście się gdzieś wczoraj? – zapytał Vincent, doskonale udając , że czyta podręcznik.
-Tak, ale….- David zawahał się, zastanawiając się czy powinien im powiedzieć o Zakazanym Lesie i tym „drobnym” wypadku Jamesa, jednak coś mu podpowiadało, żeby o tym nie wspominać - Potem się rozdzieliliśmy.
-Tak po prostu? – zapytał brunet podnosząc brew.
-A co? – burknął. Dopiero teraz tak naprawdę zdał sobie sprawę z nieobecności Jamesa. Nie miał pojęcia co mogło się stać. Może nawet  nie było go w zamku.- Przecież nie śledzę ludzi - dodał i w tym samyn momencie przyszła mu do głowy Mapa Huncwotów, ale szybko pozbył się tej niemądrej myśli. On w końcu tylko od czasu do czasu sprawdzał, kto gdzie chodzi. To nie zaliczało się do śledzenia.
-Nie mam pojęcia, w co znowu się wpakowaliście, ale lepiej żeby szybko wrócili. Nie możemy grać bez szukającej i pałkarza.
Wtedy do Davida coś dotarło.
-No racja, mecz - mruknął pod nosem i uderzył się ręką w czoło.
Po chwili dotarła do niego kolejna rzecz, jeszcze bardziej przerażająca.
 -Nie mówcie Mattowi. Zabiłby mnie. – powiedział zatrwożonym tonem.
-A potem ich – dodał obojętnie Vince. – Tylko pamiętaj, że dzisiaj trening, więc lepiej żeby się znaleźli.
Nawet nie zauważyli, kiedy pomiędzy  ich ławkami pojawiła się zirytowana profesor Switch. Zirytowana to było mało powiedziane. U niej występował tylko stan skrajnej furii, ewentualnie silnego zbulwersowania.
-Co to ma znaczyć? Najpierw spóźnienie, a teraz pogaduszki na mojej lekcji?! Bezczelność! Napiszecie notatkę z tego działu. Cała trójka!
Jęknęli ze zrezygnowaniem.

***

Gdy rozległ się dzwonek wszyscy pospiesznie spakowali rzeczy i opuścili sale. Co jak co ale nikt nie miał ochoty dłużej tam siedzieć. Szczególnie David który czując, że to nie jest jego szczęśliwy dzień, ruszył z Johnem i Vincem, w kierunku schodów, gdzie tłoczyło się już mnóstwo uczniów.
John westchnął.  
-No i znowu trzeba będzie prosić Krukonów o napisanie pracy domowej.
-Będę musiał napisać  ją sam. Ostatnie moje pieniądze wydałem na esej z eliksirów –westchnął David.
-To masz pecha stary. –stwierdził blondyn i obejrzał się za jakąś dziewczyną - O, Zoey, co u ciebie? Może napiszesz mi pracę z…
-Nie. Spadaj.-odparła błyskawicznie, czarnoskóra krukonka i szybko zniknęła w tłumie.
-Ups, pudło Johny- oznajmił Vincent z wrednym uśmieszkiem.
David kątem oka dostrzegł jak z jednej z sal wysypują się uczniowie w niebiesko-brązowych krawatach.
-Jeszcze nie -rzucił John z uciechą i poleciał w kierunku siódmoklasistek. David i Vince przez moment obserwowali nieudolne zmagania chłopaka.
-Zawsze relaksuje mnie kiedy go TOTALNIE olewają- stwierdził Vincent z rozbawieniem. Kiedy naśmiewali się z poczynań swojego kolegi (był bardzo zawzięty) podeszła do nich rudowłosa Puchonka.
-David możemy chwilę porozmawiać?- spytała i wymownie spojrzała na Vince’a. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, nie wydawał się zbyt sympatyczny.
-Jasne -David wyszczerzył się do Rudej i pożegnał się z brunetem, który nieco niechętnie skierował się w stronę zatłoczonych schodów -To co u ciebie?- zgadnął wesoło.
-Jak możesz o to teraz pytać?- zawołała  dziewczyna oburzonym tonem i zamachała rękami.
Gryfon nieco zdezorientowany jej zachowaniem zmarszczył czoło.
-A to kiedy mogę?- zapytał z uśmiechem. Abigail opadły ręce.
-Twój przyjaciel zaginął!
-A tam… zaraz zaginął, na pewno gdzieś tam jest.-odparł i wzruszył ramionami. Abigail takie wyjaśnienia najwyraźniej nie usatysfakcjonowały.
-To prawda, że nie było ich na noc? Co się z nimi w takim razie stało? Nie widziałeś ich od wczoraj? – zaczęła pytać.
-No nie, nie widziałem… -mruknął nieco zakłopotany. Niespodziewanie dziewczyna pociągnęła go za krawat, rozejrzała się dookoła sprawdzając czy nikt ich nie podsłuchuje i wyszeptała konspiracyjnym tonem:
-A nie pojawili się na tej twojej MAPIE?
David zerkną na nią. Miał ochotę się zaśmiać z powodu jej zabawnej miny, ale tylko przysunął się do jej ucha i wyszeptał podobnym tonem:
-Niestety nie.
-I co teraz? – zapytała, nie podnosząc głosu.
-Nie wiem – odszepnął
Jakaś nauczycielka na ich widok odchrząknęła znacząco, a oni wyprostowali się jak struny i odsunęli się nieco od siebie, niewinnie odwracając wzrok. Dopiero kiedy kobieta zniknęła za rogiem. David z powrotem nachylił się do Abigail.
-To może pójdziemy na lunch? – wyszeptał i odsunął się lekko, by spojrzeć jej w oczy.
-Pewnie… -odparła i posłała mu delikatny uśmiech – Ale co z Jamesem? Nie martwisz się o niego?
-Właśnie chciałem go poszukać. – przyznał  i oboje ruszyli schodami w dół, w stronę Wielkiej Sali – Ale nie dam rady zrobić tego na pustym żołądku.-dodał z uśmiechem. 
Abigail nic nie powiedziała, a on zgadł, że nie do końca przekonał ją swoimi argumentami.
-Nie ma co się martwić – powiedział. Chociaż wewnątrz czuł się nieco rozdarty, to nie chciał jej dodatkowo zamartwiać – To James da sobie radę. W niejednych tarapatach sobie poradziliśmy, a poza tym jest z Ivy, a jak ją znam to na pewno nie pozwoli mu zrobić mu czegoś głupiego.
Abigail tylko lekko pokiwała głową, David widząc to dodał:
-Ale obiecuje ci, że po lunchu ich poszukamy – to na chwilę przywołało uśmiech na jej twarz.
„Ona naprawdę się martwi”, przemknęło mu przez myśl. „Może tez powinienem zacząć bardziej się przejmować?”. Ale przecież znał Jamesa, nie było do tej pory sytuacji, w której by sobie nie poradził, nie był sierotką której trzeba wiecznie pilnować. Owszem zaczął trochę się martwić, kiedy nie pojawili się na lekcjach, jednak czuł, że wszystko będzie dobrze. 
Kiedy znaleźli się już w Wielkiej Sali, usiedli na drewnianej ławie obok siebie i zaczeli żywo dyskutować, przez co zupełnie zapomnieli o lunchu.

~*~

Ten rozdział jest okropny, przynajmniej w naszym odczuciu, ale tyle się już nad nim męczyłyśmy, że postanowiłyśmy go dodać takim jakim jest. Mamy nadzieje, że w miarę dobrze to znieśliście.
Śmiało wytykajcie nam błędy, wszystko poprawimy. Boimy się że może powypisywałyśmy jakieś niedorzeczności, bo to rozdział dodany dość spontanicznie...Tylko nie zniechęcajcie się za bardzo! :p 
Pozdrawiamy czytelników! 

sobota, 16 lutego 2013

Rozdział XVII – „Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli to zdejmę?”


Szliby w zupełnej ciemności, gdyby nie światło pochodzące z ich różdżek. Mimo to Abigail znalazłaby drogę również bez tego, gdyż byli już w dobrze znanych jej podziemiach. Na kamiennych ścianach wisiały obrazy przedstawiające krajobrazy, co zapobiegało klaustrofobii wśród uczniów, którą niewątpliwie mogły powodować brak okien i niskie, półokrągłe sklepienie. Nie było tutaj pochodni, jak w innych częściach zamku, tylko zawieszone u sufitu złote lampy. Zwykle dawały mnóstwo ciepłego światła, jednak teraz były zgaszone.
-Myślisz, że mogliby…? – zapytał David, robiąc sceptyczną minę.
Jego mózg nie był w stanie pojąć tak abstrakcyjnego stwierdzenia, jakie właśnie zaserwowała mu Abigail. Tymczasem wyobraźnia Puchonki pracowała na najwyższych obrotach. Niemal widziała jak James, jednym szybkim ruchem gasi różdżkę, tym samym sprawiając że on i Ivy pogrążają się w całkowitej ciemności. Korytarz jest pusty, nikogo w nim nie ma, z wyjątkiem ich dwojga. Nie ociąga się – jak to on – lekkim, acz stanowczym ruchem popycha Ivy, przyciskając ją do zimnej, kamiennej ściany. Chłopak schyla się by ich twarze znalazły się na tym samym poziomie, jedną ręką podpierając się ściany, a drugą dotykając policzka blondynki. Ivy… w tym momencie wizja nagle się przerwała. No tak, Ivy. Przecież ona pewnie nie zgodziłaby się na coś takiego (choć Abigail ciężko było to zrozumieć. Osobiście, gdyby z nią James postanowił to zrobić to cóż… długo by się nie wahała). Zaraz kolejna myśl sprawiła, że była już niemal pewna, że popada w paranoję. Przecież James był ranny, na pewno nie miał w głowie takich lubieżnych myśli, a nawet jeśli, to nie dotyczyły one tej konkretnej Gryfonki. Możliwe, że jakiejś innej, jednak Abigail nie zamierzała psuć sobie tym humoru.
Jeśli Ruda trochę by się wysiliła i sprowokowała do pracy swoje szare komórki,  to mogłaby stwierdzić, że zaobserwowała, że raczej za sobą nie przepadają. Właściwie to wcale do siebie nie lgnęli, nawet nie spędzali ze sobą czasu poza lekcjami i treningami, gdzie byli zmuszeni do przebywania razem. Oczywiście nie żeby ich śledziła lub coś w tym stylu, po prostu nie krępowali się z okazywaniem  sobie uczuć i chyba każdy kto miał okazję przebywać w ich towarzystwie dłużej niż pięć minut mógł się o tym przekonać.
Abigail zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać i doszła do niezbitego wniosku, że David ma rację, a ona przesadza. Momentami miała zbyt wybujałą wyobraźnie. To nie było możliwe, żeby Ivy mogła zrobić coś z Jamesem. Sądziła, że Gryfonka prędzej wolałaby pocałować gumochłona niż jego. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jej ulżyło.
-Może masz rację... To byłoby  dziwne, gdyby oni… no wiesz. – powiedziała, kończąc wypowiedź znaczącym tonem. Zerknęła na Gryfona, który z beztroskim – typowym dla niego – wyrazem twarzy, patrzył w głąb korytarza.
-Gdziekolwiek teraz są, na pewno się kłócą. Mógłbym się nawet założyć o swoją miotłę – powiedział z przekonaniem chłopak. A trzeba było wspomnieć(czego Ruda nie wiedziała), że nowy Piorun 216 był dla Davida Anthony’ego Smitha równie cenny, co pierworodne dziecko dla ojca. Pracował na nią ciężko przez całe wakacje w jakimś obskurnym, śmierdzącym barze, gdzie gośćmi bywały przeważnie typy spod ciemnej gwiazdy, płacące pieniędzmi podejrzanego pochodzenia i nie znające pojęcia higieny osobistej. Nie miał wtedy jeszcze nawet siedemnastu lat, więc tak naprawdę robił to nielegalnie, jednak wtedy nawet nie zdawał sobie z tego sprawy (dopiero później James go o tym brutalnie uświadomił). Właściciel chętnie uwierzył w jego gadkę, że jest dwudziestoletnim studentem uzdrowicielstwa, gdyż pobierał niewielką pensję. Przez cały pobyt tam próbował zachowywać jak najwięcej powagi, by wyglądać na dojrzalszego, jednak jego beztroska natura brała górę, choć właściwie i tak nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Warunki panujące tam nie były tam na najwyższym poziomie. A tak konkretniej to oscylowały gdzieś na poziomie dna Rowu Mariańskiego. No, ale czego nie robi się dla nowej miotły, a David mógł znieść naprawdę wiele. Przez pierwszy tydzień po kupieniu jej, nawet spał z nią w łóżku, by mieć pewność, że nic jej się nie stanie.
Abigail przekrzywiła głowę, a rude loki opadły jej na jedną stronę.
-Chcesz się założyć?  –zapytała nagle, czując, że odżywa w niej, dawno zapomniana, żyłka hazardzisty. –Stawiam, że oni celowo się gdzieś zaszyli. Nie wiem dlaczego… ale to nieważne.
Zatrzymała się, i szczerząc się do niego w uśmiechu, wyciągnęła dłoń. David przyjął to z lekkim zaskoczeniem, jednak już po chwili również uniósł kąciki ust i podał jej rękę. Trzymał ją delikatnie, jednak czuła, że ma silne ręce. Właściwie to nie powinna się dziwić, tyle godzin spędzonych na treningach... „Ciekawe czy James też ma takie…”, przemknęło jej przez myśl. Abigail potrząsnęła krótko jego ręką i już chciała zabrać swoją dłoń, jednak chłopak ją przytrzymał.
-O co się zakładamy? – zapytał, z uśmiechem nachylając się w jej stronę.. To przez moment przypomniało jej wizje o Jamesie i Ivy, którą dopiero co miała. On też się tak na nią pochylił… Szybko wyrzuciła tę myśl z głowy.
Abigail zmrużyła oczy i zerknęła w jego zielone tęczówki.
-Hm… Może… o przysługę? – zaproponowała. Tak naprawdę, to była pierwsza rzecz jaka przyszła jej do głowy. Może niezbyt rozsądna, ale w zwyczaju miała działać spontanicznie. Uważała, że wtedy dzieją się najzabawniejsze rzeczy, choć w rzeczywistości różnie bywało. Wciąż pamiętała, jak często zakładała się o to z bratem i gdy wygrywał przeważnie kazał czyścic jej swoje okropne, ubłocone po treningu buty. Bez czarów, rzecz jasna, co oczywiście bardzo nikczemnie wykorzystywał – jak to brat. „Zostawiłaś tutaj jedna plamkę! O, tu, tu widzisz? Świetnie. Teraz wypoleruj!” – na samo wspomnienie w głowie usłyszała jego irytujący głos. Jednakże dla odmiany, kiedy to ona wygrywała (i to wspominała znacznie lepiej), odpłacała się mu pięknym za nadobne. I choćby dlatego, że podczas pisania jej długaśnych wypracowań jej brat wyglądał jakby miał zaliczyć nagły zgon, było warto się zakładać. Miała do tego słabość… David najwyraźniej też, bo podniósł brwi z zainteresowaniem, a na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.
-O przysługę? – powtórzył wesoło, wciąż nie puszczając jej dłoni.
-Tak – potwierdziła, z pewną siebie miną  - Jak już wygram to odrobisz mi pracę domową albo napiszesz jakiś referat  – dodała, nawet nie zastanawiając się nad tym, co mogło chodzić po głowie chłopaka. Puchońska naiwność była przeurocza.
David przekrzywił głowę, a Abigail pomyślała, że z tymi zielonymi oczami, szczerym uśmiechem i dołeczkami w policzkach wygląda niezwykle ujmująco.
-Pasuje mi – powiedział, a uśmiech nie schodził mu z twarzy – A jeśli ja wygram to ty oddasz mi jakąś przysługę – dodał, powstrzymując śmiech. Był porządnym chłopakiem, więc usiłował trzymać się przy myśli, że jedyną przysługą jaką chciałby aby Abigail mu oddała było napisanie mu wypracowania.
-Tylko bez chamskich – ostrzegła go, grożąc mu palcem, na co chłopak parsknął śmiechem. Mówiła to przy każdym zakładzie, jednak wydawało jej się, że Davidowi można zaufać i nie wykręci jej żadnego numeru.
-Jasne – odparł i podniósł dłonie w obronnym geście. – Przecież nie mógłbym ci tego zrobić. – dodał, a dziewczyna, pomyślała, że sprawia wrażenie całkowicie szczerego. Totalnie ją to rozbroiło.  Trzeba było przyznać, że wyglądał teraz naprawdę niewinne. Odkaszlnęła.
-Lepiej już chodźmy  – zaproponowała, z trudem odrywając wzrok od jego zielonych oczu. Naprawdę przyciągały uwagę swoją niespotykaną, czysta barwą. Były niczym dwa szmaragdy.
 Gryfon jakby nagle przypomniał sobie o mapie w jego kieszeni. Wyjął ją i po uprzednim wyrecytowaniu hasła „uroczyście przysięgam, że knuje coś niedobrego”, zerknął na nią od niechcenia.
-O… Filch tu idzie – powiedział spokojnie i zaczął składać mapę. Abigail rzuciła mu zdziwione spojrzenie. Nagle jakby uświadomił sobie co właśnie powiedział i wykrzyknął – Filch tu idzie! Cholera! Koniec psot!
Z mapy znikły wszelkie dowody na to, że właśnie ową mapą była. David prędko złożył stary, w niektórych miejscach lekko naderwany pergamin i ponownie schował go do tylnej kieszeni jeansów.
-Nox! – wyszeptał, a różdżka posłusznie zgasła - Biegiem! – dodał cicho i zupełnie niespodziewanie chwycił Abigail  za rękę i pociągnął zaskoczoną w głąb ciemnego korytarza. Ich kroki niosły się lekkim echem po nisko sklepionym korytarzu.
Ruda biegła za nim czując, że w ogóle nie odczuwa strachu czy paniki, a nawet, wręcz przeciwnie cała ta sytuacja była dla niej bardzo ekscytująca. Choć nie zdarzało się jej to często, łamanie regulaminu wywoływało u niej przyjemny dreszczyk emocji, a  ciepły dotyk Davida tylko dodawał jej pewności. Ruda nawet nie spostrzegła kiedy dobiegli na miejsce. Abigail z lekkim zdziwieniem przyjęła fakt, ze Gryfon zatrzymał się dokładnie przed ukrytym wejściem do Pokoju Wspólnego Puchonów. Domyśliła się, że wie o tym z tej dziwnej, lecz jednocześnie niezwykle przydatnej mapy. Raptownie zdała sobie sprawę, że przez ostatnie sześć lat mógł ją obserwować. Widział co robi z kim, gdzie, kiedy… Było to nieco niepokojąco, jednak nie zamierzała się w to dalej zagłębiać, tym bardziej, że właściwie nie miał po co tego robić. Bardziej ciekawiło ją jakie tajemnice mógł jeszcze skrywać on i James. Jednak nie było  czasu nad tym rozmyślać, bo David puścił jej dłoń i stanął wyczekująco przed stosem stojących, bądź leżących pod ścianą beczek.
-Pośpiesz się – wyszeptał do niej Gryfon. Abigail podeszła do największej beczki i przyłożyła do niej dłoń. David miał ochotę się zaśmiać, kiedy dziewczyna ni z tego ni z owego zaczęła wystukiwać rytm o denka różnej wielkości beczek, stojących wokół. Nagle w największej z nich leżącej płasko na posadzce, pojawiła się klamka. David zmarszczył czoło, myśląc, że to cholernie pomysłowe rozwiązanie. Nigdy sam by na to nie wpadł. Teraz tylko zostało zapamiętać ten rytm, bowiem Hufflepuff był jednym domem, w którym jeszcze nigdy nie był z Jamesem. Mieli to na liście „Rzeczy, Które Trzeba Zrobić Przed Ukończeniem Szkoły”.
-A co z tobą? – zapytała, ściszonym głosem i złapała za klamkę. Niepewnie obejrzała się na korytarz.
-O mnie się nie martw – powiedział popychając ją lekko ku przejściu – dam sobie radę - dodał i uniósł rękę w której trzymał mapę. Abigail wcale mu nie wierzyła, a David widząc to wyszczerzył się do niej w uśmiechu, choć nic nie wskazywało na to, że uda mu się bezpiecznie wrócić do dormitorium. Gdzieś poza polem ich widzenia, rozległo się charakterystyczne szuranie kapci, które z każda chwilą stawało się coraz głośniejsze. David nagle przestał się szczerzyć i w zamyśleniu potarł podbródek.  Próbował ułożyć plan ucieczki, jednak z tego co wiedział (a wiedział dużo) nie było tutaj, żadnego chytrze ukrytego, tajnego przejścia, które wyprowadzałoby z podziemi. Poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku i zaśmiałby się histerycznie, gdyby tylko pozwalała na to sytuacja. Abigail szybko chwyciła za klamkę i uchyliła okrągłe drzwi. Garbiąc się lekko, przekroczyła próg jedną nogą i zatrzymała się. Nie myśląc wiele, nagle chwyciła Davida za rękaw bluzy i wciągnęła go do środka.  Z początku musiała użyć siły bo chłopak chyba nawet nie poczuł lekkiego szarpnięcia lub zwyczajnie nie zwrócił na to uwagi, był tak zaabsorbowany nasłuchiwaniem kroków wożnego . Dopiero kiedy uświadomił sobie, co dziewczyna zamierza poddał się od razu. Nie widział ku temu żadnych przeciwwskazań.
Abigail zatrzasnęła drzwiczki. Znajdowali się w środku ogromnej beczki, która była stanowczo zbyt mała dla dwóch osób.
-Ale bajer – powiedział z uznaniem i (bynajmniej nie mając na myśli dzielącej ich od siebie odległości), omiótł wzrokiem ciasne, drewniane pomieszczenie (o ile można było to tak nazwać).
-Wiem – przyznała z dumą Abigail i posłała mu szeroki uśmiech. Uwielbiała swój dom.
Choć dziewczyna nie należała do zbyt wysokich osób, nawet  ona musiała lekko się schylać, by nie uderzyć głową w ścianę beczki, już nie wspominając o Davidzie, który musiał zgiąć się niemalże wpół. W tej sytuacji ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie i niemal stykali się ze sobą nosami. Abigail ze zdziwieniem stwierdziła, że lekko pieką ją policzki. „Co się ze mną dzieje?” pomyślała i poklepała się po nich lekko. David uśmiechnął się czarująco.
-Co? – zapytał i podniósł brwi. Abigail podniosła na niego szare oczy i doszła do wniosku, który gdy tylko pojawił się w jej myślach sprawił, że policzki już nie delikatnie ją piekły, co wręcz paliły. Spróbowała wyrzucić tę natrętną myśl z głowy.
-Nic – odpowiedziała szybko i przyłożyła dłonie do rozgrzanej twarzy, jednocześnie śmiejąc się histerycznie. Zawsze tak robiła, gdy kłamała lub znajdowała się w krępującej sytuacji. Teraz spotkały ją te dwie rzeczy na raz. Niejednokrotnie zdarzały się momenty,  gdy musiała mijać się z kimś w tym ciasnym przejściu, jednak  nigdy nie wywoływało to  u niej takiej reakcji. Właściwe to nigdy tak się nie zachowywała. Chyba, że przy Jamesie... Zaraz chwileczkę. Nie… Na pewno były jeszcze jakieś inne sytuacje w których się zawstydzała. Próbowała sobie je przypomnieć. Do głowy przyszła jej tylko, jedna, kiedy to wślizgnęła się do męskiej szatni po treningu Gryfonów, by popatrzeć na Jamesa. Oczami wyobraźni ponownie ujrzała tę scenę… i w tym półnagiego Davida, który przebierał się tuż obok niego. W tej chwili jej oczy mimowolnie skierowały się w stronę jego torsu, tym razem już ubranego w granatową bluzę z kapturem, z pod której wystawał szkolny mundurek. Jednak nawet w tym luźnym ubraniu widać było, że jest dobrze zbudowany. Nie jakoś bardzo napakowany, tylko delikatnie umięśniony… Tak w sam raz. Do tego też te szerokie barki... choć twarz miał jeszcze odrobinę dziecinną , to ciało z cała pewnością całkowicie mu to rekompensowało.
 Zdała sobie sprawę, że się na niego gapi, więc szybko odwróciła wzrok, starając się wyrzucić z głowy obraz jego półnagiej sylwetki… Okazało się to trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Była pewna, że jej twarz przybrała  właśnie kolor jej włosów. Gdy myślała, że nie może być już gorzej, chłopak nagle oparł dłoń o ścianę beczki tuż nad jej ramieniem. Puchonka wstrzymała oddech i wytrzeszczyła oczy.
-Ale bolą mnie plecy… – mruknął, rozcierając kark. Jego ruch w żadnym wypadku nie należał do tych z repertuaru jakiegoś pospolitego podrywacza, zdawał się totalnie niewinny, jednak Abigail dalej nie mogła złapać tchu. Zamrugała parę razy i zamarła w bezruchu. – zmieniam zdanie. Ta beczka nie jest taka fajna jak się wydawała na początku… - dodał, lekko zbolały tonem.
Wiedziała, że żeby choćby zachować pozory normalności, powinna się odezwać, jednak w głowie miała tylko wspomnienie z szatni. Właśnie uświadomiła sobie, że to był wielki, ogromny błąd, że tam poszła i przysięgła sobie, że już nigdy więcej się to nie powtórzy.
-Ahaa… – mruknęła i ponownie zaśmiała się histerycznie. Zerknął na nią, a ona poczuła uścisk w klatce piersiowej. – strasznie tu gorąco. Chyba za bardzo tu grzeją, nie sądzisz? – palnęła. „Co ja gadam?! Ogarnij się!”, pomyślała. Miała ochotę walnąć się w czoło, jednak zachowując resztki zdrowego rozsądku powstrzymała się od tego.
-No, trochę – przyznał David – U nas jest znaczniej chłodniej. Hm… Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli to zdejmę? – zapytał i pociągnął za krawędź kaptura swojej bluzy. Gdyby powiedział to ktoś inny, na przykład taki James (Oczywiście on by pewnie ją o coś takiego nie zapytał. Choć szczerze mówiąc nie miałaby nic przeciwko)od razu wyczuła by w tym podtekst, pewną dwuznaczność. Jednak  w ustach Davida brzmiało to tak… niewinne, bez żadnych ukrytych zamiarów. Zwykłe pytanie, takie samo jak na przykład o pracę domową z jakiegoś przedmiotu.
-J-jasne. Nie krępuj się…. W sumie czemu nie…  – odpowiedziała, nie mogąc opanować potoku słów.  – Ja tez bym chętnie… – urwała nagle, stanowczo stwierdzając, że nie powinna już nic więcej teraz mówić. Dzisiaj, jutro, nigdy. Lepiej wypada, kiedy milczy. Na szczęście chłopak nie zwrócił chyba na to uwagi. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Przecież tylko na Jamesa miała prawo tak reagować! Ale to chyba nie znaczyłoby, że…
David chwycił za suwak i pociągnął w dół. W tym momencie Ruda nagle zmieniła nastawienie i pomyślała, że obiecywanie sobie, że nie wejdzie więcej do gryfońskiej szatni było bardzo nierozsądne. W sumie to tylko obserwowanie, to chyba nic złego… tak?
Zanim zdążył rozsunąć bluzę do końca, przejście po drugiej stronie beczki nagle otworzyło się z hukiem. Abigail  czując się jak ktoś przyłapany na bardzo gorącym uczynku, w jednej chwili oderwała wzrok od Gryfona i oboje jednocześnie obrócili się w kierunku przejścia.
-Co ty…co ON tu robi?! Oj, tym razem przegięłaś, kochana, masz przechlapane!  

*******

Łóżko lekko zatrzeszczało pod ciężarem ich ciał. Zarzuciła długie włosy na plecy i nachyliła się nad jego torsem, jej udo otarło się lekko o bok chłopaka. Poczuła jak mięśnie bruneta zadrgały. Delikatnie dotknęła jego rozpalonej skóry…




Mamy nadzieję, że ten rozdział was zadowoli. Jeśli czytacie Proroka to powinniście wiedzieć, że miałyśmy z napisaniem go drobne problemy. 
Przypomnimy wyniki poprzedniej ankiety dotyczącej opisów scen krawych i innych "mocnych". A o to wyniki:
-Tak: 23%
-Nie: 13%
-Tak, ale nieszczegółowo opisane: 7%
-Tak, najwięcej tych nieprzyzwotych ;D: 50%
-Obojętne: 7%

Wyniki jednoznacznie wskazują na to, że jesteście zboczeni! :P  Mamy nadzieję, że te opisy chociaż częściowo zaspokoiły wasze żądze. Jednakże, jeśli tak się nie stało to napiszcie w komentarzu jak bardzo "mocnych scen" oczekujecie. Musimy wiedzieć, gdzie ma leżeć granica...a być może jej brak? xD Dla bardziej skrytych do dyspozycji jest nasz mail grey_trup@wp.pl. Nie krępujcie się, piszcie o każdej porze dnia i nocy. Każda prośba zostanie rozpatrzona.

Pozdrowienia dla naszych wytrwałych czytelników!

PS: Nie ma na dziś obrazka (zresztą tak samo jak w poprzedniej notce), ale za to postarałyśmy się o ładne przerywniki. No i jest nowy BONUS! 

niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział XVI - Sami, w środku nocy...


-Patrz, idą dalej razem – zauważył David ze zdziwieniem, oświetlając sobie mapę różdżką – Spójrz jak bisko siebie! No nieźle. –skwitował, a zaraz kontynuował myśl- W końcu wiesz jak na siebie reagują, dosłownie jak pies z kotem. Powiedziałbym nawet, że to cud, że się jeszcze nie pozabijali… Hej, zniknęli!  - zawołał nagle, przysuwając mapę pod same oczy.
-Może ta twoja cudowna mapka się zepsuła? – podsunęła Abigail. Przysuwając się do niego, złapała go lekko za ramię i nachyliła lekko w swoją stronę, by móc lepiej widzieć pergamin. David na chwilę oderwał oczy od mapy i zerknął na Abigail. Była od niego niższa i widział czubek jej rudej głowy. Patrząc na jej włosy, mógłby się założyć o sto galeonów, że są świetne w dotyku… Nagle Abigail podniosła głowę, zdając sobie sprawę, że chłopak od dobrej chwili nie daje znaku życia. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Gryfon ocknął się z zamyślenia.
-Wybacz, zamyśliłem się – powiedział, przywołując na twarz lekki uśmiech i mierzwiąc włosy z tyłu głowy.
-Nad czym tak myślałeś? – zapytała figlarnie. David odwrócił wzrok. W świetle różdżki, którą trzymał Puchonka widziała jego zniewalające zielone oczy. I te cudowne, długie, gęste, czarne jak węgiel rzęsy. I to wszystko bez makijażu – przemknęło jej przez myśl.
-Ah…takie tam…- odparł i wciąż z uśmiechem na ustach, powrócił do oglądania mapy.
-No i co z tą mapą? Jesteś pewien, że się nie zepsuła? – zapytała, również zerkając na pożółkły pergamin.
W jednym z puchońskich dormitoriów dostrzegła swoją koleżankę. Otworzyła usta ze zdziwienia, gdyż kropka z napisem Danielle Ann Carter właśnie przeszła do jednej z męskich łazienek. Przeżyła kolejny szok, gdy dostrzegła w tym samym miejscu punkcik podpisany Philip Johnson. Po chwili odległość między nimi  całkowicie zaniknęła i z dwóch kropek zrobiła się jedna. Abigail podniosła brwi z uśmiechem. Jutro nie da jej żyć – pomyślała.
-Niee… to niemożliwe. Ona nigdy się nie psuje. Hmm… dziwne.- mruknął, w zamyśleniu Gryfon pocierając podbródek -Zastanawiam się co się stało, ze nie widać ich na mapie – powiedział David, cały czas studiując mapę w poszukiwaniu kropeczek z napisami Ivy Mary Jane Hunter i James Syriusz Potter.
Nagle przez głowę przemknęła jej bardzo dziwna i niepokojąca myśl… A może… Nie, na pewno nie! Chociaż…. W końcu James na pewno znał miejsca, w których mapa ich nie uchwyci. Pewnie znał  zamek jak własna kieszeń. Nie uważała Ivy za konkurencje jeśli chodziło o chłopaków, jednak mimo wszystko…
-A może…- zawahała się na moment, starając się by jej głos brzmiał dosyć żartobliwie – ukryli się specjalnie i oni teraz, no wiesz…
-Co takiego? – David oderwał oczy od mapy i spojrzał na nią zaskoczony jakby nie wiedział o czym mówi. Abigail wywróciła oczami.
-No… całują się albo… No wiesz – podkreśliła ostatnie dwa słowa i spojrzała na niego znacząco.
Nagle David stanął w miejscu i wybuchnął głośnym śmiechem, tak głośnym, że aż obudził parę portretów, których właściciele wygrażali mu się teraz zaciśniętymi pięściami i rzucali w niego obelgami. David nawet nie zawracał sobie tym głowy i  śmiał się w najlepsze, jak po usłyszeniu dobrego kawału.  Abigail była całkowicie zaskoczona jego reakcją i jednocześnie zastanawiała się czy ten hałas nie sprowadzi Filcha. Chłopak powoli próbował złapać oddech, a ona nagle zdała sobie sprawę, że wcale się nie boi, że zostaną złapani przez woźnego. Miała wrażenie, że z Davidem nie wpadnie w żadne kłopoty… przynajmniej tak jej się wydawało.
-Z czego się śmiejesz? – zapytała z lekkim wyrzutem – Ja też chce się pośmiać!
-No bo… Ivy… - zaczął, ale potem ponownie zaniósł się śmiechem. Abigail podparła się pod boki.
-Co jest z nią nie tak? - zapytała podnosząc brew.
-No bo wiesz. To znaczy nie, żeby było coś z nią nie tak… -zaczął David, próbując powstrzymać chichot – ciężko to jakoś wytłumaczyć...
Szatyn wreszcie się wyprostował i spojrzał na nią wciąż rozbawionymi szmaragdowymi oczami.
-Jakby to ująć. Ivy jest… - zawahał się na moment, nie wiedząc jak trafnie to ująć. W końcu postanowił powiedzieć to co pierwsze przyszło mu na myśl – ...jest jak kolega.
Abigail rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
-Koleżanka chciałeś powiedzieć.  W końcu jest dziewczyną.
-Teoretycznie tak, a poza tym…- w tym momencie przecząco pokręcił głową.
-Co masz na myśli?
David zaśmiał się ponownie, a Abigail spojrzała na niego wyczekująco.
-Jest w drużynie. Traktujemy ją jak kumpla, starszego brata, który zawsze wszystko wie najlepiej.
-Co z tego, że jest zawodniczką? – zapytała ruda, czując, że nic nie rozumie.
-Przecież wiesz jaka jest – powiedział David z wymownym uśmiechem.
Abigail potarła podbródek zastanawiając się nad tą kwestią. Jakby się zastanowić… Ivy stanowczo nie roztaczała wokół siebie aury dziewczęcego wdzięku.
-No niby racja… Ale wiesz, pod tymi wszystkimi ochraniaczami i tym całym strojem do Quidditcha, jest dziewczyną, a kto wie może całkiem niezłą…
-Jakoś nie zwróciłem na to uwagi – wtrącił, jednak Abigail kontynuowała.
-…A James chłopakiem –postanowiła pominąć kilka ciekawych epitetów, które przyszły jej w tym momencie na myśl - W środku nocy, sami… i w ogóle.
-Niee… to niemożliwe.- zaprzeczył David kręcąc głową.
Abigail tylko spojrzała na niego znacząco i podniosła brwi z powątpiewaniem. David rzucił jej zdziwione spojrzenie, marszcząc czoło.
-Myślisz, że mogliby…?
***

Blade dłonie dostały się pod szkolną koszulę i wodziły po jego torsie. Każde dotknięcie jej chłodnych palców wywoływało u niego dreszcz. Zamknął oczy i zacisnął dłoń na ramię łóżka. Mimowolnie napiął mięśnie. końcówki jej włosów delikatnie łaskotały jego skórę. Czuł jej słodki zapach. Pachniała zupełnie jak dzikie kwiaty rosnące na łące. Zagryzł wargi, starając się nie jęknąć. Zgiął lekko nogę i zacisnął mocniej dłoń na łóżku…



***

O to kolejny rozdział! Jest krótki, ale mamy nadzieję, że się podoba :) Niedługo w BONUSIE pojawiją się nowe cudowne obrazki. Tak, wiemy, że momentami mamy porąbane pomysły, ale my osobiście bardzo lubimy tę część naszego bloga. Buziaki ;)

sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział XV - Łamanie regulaminu wchodzi w krew


David uchylił ciężkie drzwi, a pozostali wbiegli do środka. James pochylał się, trzymając dłoń na piersi. Ivy zatrzasnęła wrota i od razu podbiegła do chłopaka przy, którym byli już Abigail i David. Brunet rozpiął rozszarpaną kurtkę i ich oczom ukazała się biała, szkolna koszula, teraz rozdarta i poplamiona krwią. Gdy rozchylił nieco materiał, na jego skórze zobaczyli rozległe  potrójne rozcięcie. Przycisnął dłoń do rany, a krew zaczęła skapywać z jego palców. Oparł się o ścianę, oddychając szybko. Podniósł na nich wzrok, a czarne włosy opadły mu na oczy.  
-James… -szepnęła zatrwożona Abigail, a Ivy poczuła, że robi jej się słabo.
-Nic mi nie będzie. – odparł krótko.
-Musisz iść z tym do skrzydła szpitalnego – powiedział David, ze spiętą twarzą przyglądając się ranie. James odsunął ich od siebie i wyprostował się.
-Powiedziałem, że nic mi nie będzie! – wyrzucił z siebie i nim ktokolwiek zdążył coś jeszcze powiedzieć, wyminął ich i garbiąc się ruszył w kierunku schodów.
-A ty dokąd? – zapytała Ivy, równając się z nim, a David i Abigail zrobili to samo.
-Do dormitorium – odparł, nawet na nią nie zerkając. Wciąż nieco się pochylał, lecz jego głos brzmiał zadziwiająco spokojnie.
-Musisz iść do pielęgniarki – powtórzył David, na co James westchnął cicho.
-Komu jak komu, ale myślałem, że tobie akurat nie odbije – rzekł, niemal żartobliwym tonem i zaczął z trudem wspinać się po schodach – No i znowu trzeba włazić na samą górę...Dlaczego nie moglibyśmy się tam teleportować albo…
-Lepiej byłoby gdybyś, jednak poszedł do tego skrzydła szpitalnego – odezwała się Abigail, zerkając na niego niepewnie.
James zmarszczył brwi, a jego ton nagle się zmienił, zupełnie jakby nie mógł dłużej utrzymywać emocji na wodzy.
-I co im powiem? Ze zaciągnąłem was do lasu?– zapytał, niemal krzycząc ze zdenerwowania. – Że gdzie byłem? No gdzie?
Abigail nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji z jego strony, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że ma rację.
-Słuchaj… Cholera, James! Ogarnij się. Musisz coś z tym zrobisz, nie możesz tak tego zostawić – powiedział stanowczo David, chwytając go za ramię i obracając w swoją stronę. Ivy była zdumiona, bo nigdy nie słyszała jeszcze w jego głosie takiej powagi i stanowczości. David uparcie patrzył mu w  oczy, jednak James unikał jego spojrzenia.
-jeśli nic nie zrobisz, będzie coraz gorzej!  
Przez moment nikt się nie odzywał, a w Sali wejściowej panowała idealna cisza.
-Za cztery dni mecz. Nie będziesz  grać z taką raną! – zawołała Ivy, zdenerwowana jego zachowaniem.
James zatrzymał się, jakby wreszcie coś do niego dotarło.
-No tak, macie rację. Zapomniałem o meczu… – mruknął i przeklął siarczyście.
Abigail myślała, że zwariuje jeśli jeszcze raz usłyszy jakiekolwiek słowo związane z tą grą. Cała szkoła od paru dni żyła tylko tym.
- To pójdziesz do skrzydła? – zapytała cicho i niepewnie Ruda, w obawie przed wywołaniem kolejnego wybuchu złości.
-Nie– odparł krótko James i skrzywił się lekko, jednak zaraz kontynuował tonem, którego zwykle używał tłumacząc coś Lilly  -Abigail pomyśl, jeśli teraz pójdę do skrzydła to będą wiedzieli, że byłem poza zamkiem w nocy i w najlepszym przypadku dostanę szlaban. A w tym bardziej prawdopodobnym zabronią mi grać w meczu, a nie odpuszczę sobie skopania tyłków ślizgonom – wytłumaczył jej, z nieco zniecierpliwioną miną - Wole się wykrwawić.
-Więc kłam – powiedziała Puchonka ze wzruszeniem ramion.
-Tak, genialny pomysł! Powiem jej że drapnął mnie kot – zakpił James, przyciskając dłoń do rany, z grymasem bólu na twarzy.
-No to nie wiem…może niech Ivy zrobi dla ciebie eliksir. – palnęła bez namysłu - Jest z nich najlepsza – dodała widząc jej spojrzenie.
-Sam umiem o siebie zadbać. To jest mój problem nie wasz. A poza tym to był mój głupi pomysł. – okropnie krzywiąc się sięgnął do tylnej kieszeni jeansów i wyciągnął z niej kawałek jakiegoś pożółkłego pergaminu i zaczął go rozkładać.
-Ale…
-Lepiej wracaj już do dormitorium – powiedział. Abigail nie chciała zostawiać ich samych jednak, pod naporem jego twardego spojrzenia uległa.
Puchonka wciąż stała niepewnie, zagryzając wargę i zerkała z wahaniem na ranę, z której powoli ciekła krew. Jedna kropla spadła na kamienna posadzkę.
 –Nic tutaj po tobie – powiedział i przyłożył swoją różdżkę do pergaminu - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.




Nagle na starym skrawku papieru, zaczęły pojawiać się jakieś kształty. Abigail rzuciła zaciekawione spojrzenie na rzecz w ręku Jamesa, jednak ten od razu to dostrzegł.
-No idź już! – rozkazał głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Abigail nie powiedziawszy już ani słowa, ze zmartwioną miną ruszyła ciemnym korytarzem rozświetlanym przez pochodnie w kierunku podziemi. David w nagłym odruchu zrobił zrobił krok w jej stronę, jednak zatrzymał się raptownie wiedząc, że nie może zostawić przyjaciela samego. Marszcząc brwi zerknął na sylwetkę rudowłosej znikającej w mroku. 
-A ty na co czekasz? – zapytał niespodziewanie James – no idź za nią. 
-Nie wiedziałem, że tak bardzo chcesz zostać sam na sam z Ivy -  zakpił David przywołując na twarz lekki uśmiech. Gryfonka na te słowa prychnęła z pogardą – Ale… - zaczął poważnym tonem, jednak nie dane było mu dokończyć.
-Nie przejmuj się. Zajmę się tym – przerwał mu i  ruchem podbródka wskazał na swoją ranę.
James rzucił mu porozumiewawczy uśmiech podnosząc brwi.  Gryfonka zmrużyła oczy, zastanawiając się, o co może chodzić. Kiedy James napotkał jej wzrok, rzucił je tylko niewinne, pytające spojrzenie.
-Masz – zawołał do Davida, rzucając mu ów stary, pergamin z mapą zamku – Filch siedzi w swoim gabinecie.
Szatyn odpowiedział mu krótkim uśmiechem i skinieniem głowy, a potem zupełnie jak Abigail zniknął w mroku korytarza.

***

David zobaczył jak Puchonka idzie nieco niepewnie korytarzem trzymając w dłoni zapalona różdżkę. Kiedy usłyszała za sobą jego kroki obróciła się z przerażeniem, jednak gdy tylko go ujrzała poczuła ulgę i podeszła do niego.
-David, co ty tutaj robisz? – szepnęła, by nie obudzić drzemiących portretów.
-Odprowadzam cię – odparł przyciszonym głosem. W świetle różdżki jego zielone oczy połyskiwały wesoło.  Uśmiechnął się do niej, a na jego policzkach pojawiły się słodkie dołeczki. Wyglądał tak uroczo, że nie potrafiła nie odwzajemnić jego uśmiechu.
-Naprawdę nie trzeba było. Dałabym sobie radę – odparła ruda i machnęła ręką.
-trzeba, trzeba – powiedział David- nie powinnaś wracać, kiedy grasuje tutaj ten stary dziad - odparł sciszonym głosem szatyn, a ona zachichotała lekko i oboje zniknęli za rogiem.


***

Szła razem z Jamesem w całkowitej ciemności. Jedynie światło księżyca co jakiś czas wpadające przez okna, oświetlało jego szczupłą, teraz przygarbioną sylwetkę. Nagle chłopak skręcił w lewo, zamiast iść prosto zwykła trasą do wieży Gryffindoru.
-Dokąd idziesz? – szepnęła nieco zaskoczona, stając w miejscu – Do wieży idzie się tamtędy.
-Po parę rzeczy – odparł wymijająco - Możesz wracać.
To dało wręcz odwrotny skutek. Ivy zaciekawiona dogoniła Jamesa i spojrzała na niego.  Ręka, którą przytrzymywał już od jakiegoś czasu na ranie, byzała umazana strużkami częściowo zakrzepłej już krwi. Postrzępiona koszula pokryta wielka plamą czerwieni dawała upiorny efekt. 
-Zawsze musisz  postawić na swoim? – zapytał, a kiedy dostrzegła, że na nią patrzy szybko odwróciła wzrok od jego rany. Zignorowała jego pytanie.
-Po jakich „parę rzeczy” idziesz? – spytała podejrzliwie się mu przyglądając. 
-Skoro się już tak do mnie przykeliłaś to zaraz się dowiesz – odparł, nawet na nią nie zerknąwszy. Jednak gdyby to zrobił, dostrzegłby charakterystyczną minę, która zwykle poprzedzała u Ivy wybuch złości i z której często się śmiał.  
-Wcale się do ciebie nie przykleiłam! – oburzyła się dziewczyna.
-Nie drzyj się tak – burknął i przewrócił oczami.
Gryfonka już chciała na niego nawrzeszczeć, jednak kiedy zobaczyła jego  zbolałą minę, zrezygnowała.Po chwili Ivy ze zdziwieniem stwierdziła że zmierzają w stronę lochów. Nim niżej schodzili tym robiło się coraz chłodniej i mroczniej. Do tej części zamku nigdy nie docierały promienie słońca. Ivy z pewnym przestrachem zauważyła, że James nagle zatrzymuje i opiera rękę na framudze jakiś drzwi. Przez myśl przemknęło jej, że może gorzej się poczuł. Zaniepokojona podeszła do niego i wtedy dostrzegła, że celuje różdżką w zamek. W duchu odetchnęła z ulgą.
-Alohomora – szepnął, jego głos był nieco zachrypnięty. Zamek szczeknął, a wtedy chłopak pociągnął za klamkę i bezceremonialnie wszedł do środka.
-Co ty wyprawiasz?! – zapytała, bez zastanowienia wchodząc za nim do Sali od eliksirów.
-Potrzebuje składników – mruknął, otwierając drzwiczki szafki, gdzie schowane były ingrediencje.
-Ale to kradzież! – zawołała łapiąc go za rękę, w której trzymał już jedną z fiolek.
-Cicho bądź! Nie wszyscy muszą o tym wiedzieć! – szepnął i obejrzał się na wciąż lekko uchylone drzwi, a niczego nie dostrzegłszy spojrzał na nią i dodał – Jeśli nie pomagasz,  to idź.
Przez krótką chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu Ivy zacisnęła usta i puściła jego rękę, w milczeniu obserwując jak James przygląda się mnóstwu różnych buteleczek i słoików z wahaniem. Ivy z łatwością rozpoznała dwie substancje w jego dłoniach, jednak James najwyraźniej miał z tym problem. 
Ze zrezygnowaniem schował obie buteleczki do kieszeni.
-Chyba wezmę wszystkiego po trochu… -mruknął.
Ivy westchnęła i bezceremonialnie sięgnęła do jego kieszeni i wyjęła obie butelki i odłożyła na swoje miejsce. James rzucił jej złowrogie spojrzenie.
-Mówiłem ci, że jak masz przeszkadzać, to idź!
Ivy zignorowała go zupełnie i ku jego zaskoczeniu sięgnęła po trójkątne naczynie z czarnym płynem i wrzuciła je do jego kieszeni.
-Do dyptamu potrzebny jest sok z pijawek, a nie syrop z ciemiernika czarnego. – oznajmiła jadowicie.
James rzucił jej zdziwione spojrzenie.
-Syrop z czego?
Ivy tylko wywróciła oczami i bez słowa lekko pchnęła go lekko, by się przesunął. Pewnie sięgnęła po kolejne składniki.  Wszystkie potrzebne rzeczy wrzucała do jego kieszeni, James nie protestował, ani tym bardziej nie zamierzał się wtrącać. W milczeniu obserwował jak sprawnie wyszukuje na półkach ingrediencje.
Kiedy znalazła ostatni składnik,  liście grimerowca, a on zmęczył się staniem i już miał usiąść na brzegu jednej z ławek, na korytarzu rozległ się jakiś dźwięk. Oboje spojrzeli na siebie i szybko wymknęli się z sali, uprzednio zostawiając wszystko w takim stanie w jakim było poprzednio. 
Gdy upewnili się, że korytarz jest pusty ruszyli do wieży Gryffindoru.
Szli najciszej jak umieli, ale i tak odgłosy ich kroków niosły się delikatnie w pustym korytarzu. Księżyc schował się za chmurami i otaczała ich niemal całkowita ciemność. Skradali się zupełnie jak złodzieje. Zagryzła wargę. Miała okropne wyrzuty sumienia.
-Tak nie można! – powiedziała nagle. James zerknął na nią kątem oka.
-Czyżby moralniaczek? - zapytał, podnosząc brwi.
-W przeciwieństwie do ciebie, mam jakieś zasady! – odparła, rzucając mu krótkie, gniewne spojrzenie. 
-Ja cię do niczego nie namawiałem – powiedział, a zaraz dodał z rozbawieniem – a nawet nie musiałem. Sama wzięłaś te składniki.
-Ale…ja…- umilkła nagle, nie wiedząc jak się wytłumaczyć. Jamesa rozśmieszyło jej zakłopotanie.
-A to niby ja jestem ten zły – mruknął pod nosem. Chciał się uśmiechnąć, jednak udało mu się zdobyć tylko na krzywy grymas. Mocniej przycisnął dłoń do rany. Ivy tego nie zauważyła. W tym momencie cieszył się, że jest tak ciemno, bo nie mogła dostrzec jak bardzo się krzywi. Nie chciał wyjść na mięczaka. Przed nikim.
-Bo jesteś! – zawołała nagle. Poczuła, że lekko palą ją policzki, bo zdała sobie sprawę, że James miał rację. Złamała regulamin nawet bez mrugnięcia okiem. 
-Cicho! Czy ty zawsze musisz się tak drzeć? – zapytał, zerkając na nią z ukosa – Na gacie Merlina, po tobie naprawdę widac, że nigdy nie wychodziłaś z zamku w nocy!
-Nieprawda! Raz wyszłam... 
Byli już na na siódmym piętrze, gdy Ivy nagle usłyszała jakiś dźwięk dobiegający z końca korytarza. Umilkła raptownie i wpatrzyła się w ciemność.
-Co? – zapytał James, zatrzymując się i obracając się w jej stronę. Byli tak blisko, że mógł dostrzec, że jasne refleksy na jej włosach. Zawsze bawiło go to, że jest przy nim taka mała. Sięgała mu zaledwie do ramienia.
-Chyba ktoś jest na końcu korytarza – szepnęła, wychylając się w bok. James dalej stał na środku ze sceptyczną miną, zasłaniając jej widok.
-W końcu jesteś cicho. Brawo, robisz postępy – odparł, również szeptem i udał, że klaszcze. Dźwięk rozległ się ponownie. To brzmiało jak szuranie kapci po podłodze, a każdy uczeń Hogwartu wiedział, co to oznacza…James obrócił się w stronę odgłosu jak na rozkaz.
Brunet automatycznie wyciągnął rękę w bok, jakby chciał powstrzymać Ivy przed pójściem w głąb korytarza, co i tak było całkowicie zbędne,  bo dziewczyna zastygła w bezruchu. Obydwoje wpatrywali się w ciemność. James oddychał głęboko i mógł wyczuć jak szybko oddycha Ivy, gdyż jego ręka nieopacznie wylądowała na jej obojczyku. Dziwił się, że jej nie zrzuciła i nie walnęła go, jednak zgadywał, że była zbyt wystraszona by zwrócić na to uwagę... Może to nie była odpowiednia pora na takie wnioski, jednak stwierdził, że Ivy ma bardzo gładką i miłą w dotyku skórę. 
Szuranie z każda chwilą rozlegało się coraz bliżej. W ciemności pojawiła się lampa, która woźny oświetlał sobie korytarz. Jego twarz wychynęła nagle zza zakrętu, raptem parę metrów przed nimi.
-Uczniowie nie w łóżkach! – zaskrzeczał, truchtając w ich stronę. Jego poorana zmarszczkami, wykrzywiona grymasem złości twarz, wydawała się pomarszczona jeszcze bardziej niż zwykle w świetle rzucanym przez lampy - Wreszcie was mam!
-Chodu! – zawołał James i oboje na raz obrócili się i zaczęli biec. Gryfonowi przychodziło to ze znacznym trudem. Księżyc na moment wyszedł zza chmur i gdy Ivy spojrzała na niego, zauważyła, ze krzywi się z każdym ruchem. Zwolniła, jednak chłopak najwyraźniej nie zamierzał się nad sobą roztkliwiać.
-Nie dawaj mi fory! – zawołał, przez zaciśnięte zęby. Ivy mimowolnie się zaśmiała. Zaskoczył ją tym, że nawet w takiej sytuacja umiał żartować. Jednak mina nieco jej zrzedła, gdy dostrzegła, że Filch mimo wieku jest niezwykle żwawy i niemal ich dogania. 
Dobiegła za Jamesem do połowy korytarza, gdy nagle się zatrzymał. Wpadła wprost na niego i odbiła się od jego pleców. Kątem oka coś dostrzegła.
-Drzwi są otwarte! – zawołał, obracając się w miejscu. Jego głos niemal utonął w krzykach woźnego, który był już niebezpiecznie blisko nich. Tuż obok, znajdowały się drzwi, uchylone tak lekko, że nie było widać co znajduje się w środku
Nie zastanawiali się długo. James złapał za klamkę i otworzył je gwałtownie. Oboje wpadli do środka, niemal w ostatniej chwili unikając wyciągniętej ręki woźnego. Gryfon jednym ruchem zatrzasnął drzwi.
-Colloportus! – zawołała Ivy, zamykając zamek. James był bardzo zaniepokojony myślą, że nawet nie zauważył, kiedy wyjęła różdżkę - Co to za pokój? – zapytała, pewna, że chłopak zna odpowiedź.
Stali w pustym, pomieszczeniu wyglądającym jak po pożarze: ściany w niektórych miejscach były zwęglone, w powietrzu unosił się lekki zapach spalenizny.
Nawet nie zwrócił uwagi na wystrój, marzył tylko o tym, żeby się położyć. Od tego całego biegania po zamku, rana zaczęła go bardziej boleć. Zrobił parę kroków do przodu, przejeżdżając wzrokiem po pociemniałym suficie.
-Nie mam pojęcia, ale przydałaby się tu kanapa – oznajmił ze zbolałą miną James. Nagle w rogu coś się pojawiło.
-O spójrz jest!… no może nie kanapa, ale dobre i to... – powiedział ucieszony i mocno się garbiąc podszedł do szerokiego łóżka z masa poduszek, nawet nie zawracając sobie głowy tym skąd się tu wzięło.
Ivy przerwała rozglądanie się po pokoju i zaskoczona obróciła się w jego kierunku.
-James Potter, jeden z największych rozrabiaków w Hogwarcie, nie wie co to za pokój? No coś takiego. Sądziłam, że zwiedziłeś już cały zamek w czasie swoich nocnych przechadzek – powiedziała z lekką kpiną. Zaczęła przechadzać się po pokoju, zastanawiając się do czego może służyć.
-Największy, nie jeden z największych. Prowadzę w tym rankingu – poprawił ją i powoli położył się na łóżku, które zaskrzypiało przeraźliwe, a James skrzywił się niemiłosiernie – Aa… jakie twarde. Ale niech będzie, całe szczęście że akurat tutaj było... 
Gryfon przymknął oczy i westchnął cicho, kładąc dłoń na zranionym ramieniu. Przez moment leżał w tej pozycji, gdy nagle wrzasnął i podniósł się do pozycji siedzącej. A raczej chciał to zrobić, bo udało mu się tylko lekko unieść znad poduszek, podpierając się na łokciach.
-Co się stało?! – zapytała lekko wystraszona Ivy. James siedział na łóżku i wpatrywał się  w bezruchu w przeciwległą ścianę. Podeszła do niego prędko – No odezwij się! – poganiała go, patrząc na niego z przerażeniem. Chłopak wyglądał jakby ktoś go spetryfikował. Gdy Ivy był już na tyle wystraszona, że zamierzała go walnąć lub zrobić cokolwiek, by wywołać u niego jakąś reakcje, niespodziewanie się odezwał.
-Wiem, gdzie jesteśmy… wiem co to za miejsce… – dopiero teraz zwrócił na nią szeroko otwarte, orzechowe oczy – to Pokój Życzeń!


***

Hej wszystkim! :) I o to jest nowy rozdział! Wiemy, że musieliście baaardzo długo na niego czekać. Powiedzcie nam co o nim myślicie. My jakoś nie jesteśmy do końca usatysfakcjonowane... Za to jesteśmy zachwycone tym, że aż 11 tys. ludzi postanowiło nas odwiedzić! Nigdy nie spodziewałybysmy się tak dużych liczb. Bardzo za to dziękujemy :) 
I nie myślcie, że zostaniecie bez nagrody :) Mamy dla was BONUS! Znajduje się on po prawej stronie, pod zakładką "Streszczenia rozdziałów". Przygotujcie sie na szok! hah 
Życzymy miłej nocki