Kiedy pchnęła drewniane drzwi baru zimny wiatr owionął jej twarz. Jednak była tak wzburzona, że nawet nie zwróciła uwagi na panujący chłód. Wcisnęła dłonie głęboko do kieszeni i ruszyła prosto przed siebie wbijając ze złością wzrok w czubki swoich butów.
Na brukowanych uliczkach było prawie pusto – słońce zapadało się w horyzont.
Kolorowe liście okrywały drogę, co chwila z cichym szumem wzbijając się w powietrze. Lekko wirując omotały bruk i wolno opadały na ziemię.
Właśnie to Ivy najbardziej lubiła jesienią. Barwne liście przykrywające trawniki i lekkie słońce przebijające się przez grube warstwy chmur. Jednak teraz nawet nie zwróciła na to uwagi. Była zbyt zirytowana.
Nie chciała dłużej siedzieć w Trzech Miotłach i wysłuchiwać jak Abigail próbuję umówić ją z jakimś Puchonem od siedmiu boleści, ani głupich komentarzy ze strony Jamesa i Davida.
Nie znosiła bali, ani tego typu przyjęć, na których wszystkie dziewczęta wyglądem starają zwrócić na siebie jak największa uwagę. Ivy nie mogła zrozumieć dlaczego męczą się w niewygodnych sukniach i wysokich butach, tylko aby przykuć uwagę takiego bezmózga jak na przykład James.
Zdenerwowała ją też reakcja Abigail kiedy powiedziała, że nie idzie na bal - zdziwiło ją to co najmniej tak jakby zobaczyła kosmitę. Wiele osób tam się nie wybierało, więc nie było to niczym nienormalnym. A poza tym zgodziła się na pójście z nią do baru, mogła nie okazywać swojej „wdzięczności” w ten sposób.
Chciała przestać o tym myśleć, ale jakaś mała jej cząstka chciał znać powód dla którego Abigail w ogóle ją o to poprosiła. Przecież na pewno nie ze względów towarzyskich.
Niespodziewanie ktoś mocno szturchnął ją w ramie. To wyrwało ją z zamyślenia i podniosła głowę.
-Przepraszam.-usłyszała niedbałe mruknięcie za sobą. Automatycznie odwróciła się w stronę głosu. Jednak nie zwróciła uwagi na nieznajomego przechodnia, który ją potrącił, tylko na kogoś kto prędko przepychał się przez tłum by po chwili skręcić w boczną uliczkę. Bez namysłu ruszyła za nim. . To była jej szansa, by odzyskać księgę. Byłą nawet skłonna użyć siły.
Kiedy wreszcie dotarła do pustej alejki, zobaczyła skrawek długiego czarnego płaszcza znikającego za rogiem. Pognała w tamtym kierunku, w miarę możliwości starając się cicho stawać kroki.
Zatrzymała się, i wstrzymała oddech. Oparła dłonie na zimnym murze i lekko wychyliła się zza ściany.
To co ujrzała zupełnie zbiło ja z tropu.
Tak jak oczekiwała zobaczyła Malfoya, jednak cel jego wędrówki bardzo ją zaskoczył. Prędzej spodziewałaby się zobaczyć go w jakimś szemranym towarzystwie kupującego nielegalne eliksiry, niż obejmującego się czule z rudowłosą dziewczyną w zupełnie odludnym miejscu. Najpierw, Ivy miała zamiar zmusić go do oddania jej księgi, jednak teraz definitywnie postanowiła jak najszybciej stąd odejść.
Nie zdążyła się nawet ruszyć, gdyż w tym momencie Lily ją zauważyła. W jej orzechowych oczach momentalnie pojawiła się złość. Ślizgon czując, że coś jest nie tak, przestał przytulać dziewczynę i odwrócił się. Ivy skamieniała.
-Czemu tu stoisz? – zapytała podnosząc brwi, a zaraz dodała – a w ogóle kim jesteś?
-Ja...eee....- odezwała się Ivy, jąkając się z zażenowania.
-A ja wiem kto to – wtrącił się Malfoy z szyderczym uśmiechem – to ta niedorajda z waszej drużyny. Wasza przecudowna szukająca. – dodał głosem przesyconym sarkazmem.
Przez chwilę panowała napięta cisza.
-Zaraz...-powiedziała w zamyśleniu Lily, a potem niespodziewanie podniosła głos– Już wszystko rozumiem! Jak wspaniale! Świetnie to przemyśleliście! Naprawdę on myśli, że jestem jakąś durną idiotką?!
Ivy wyglądała na tak samo zdezorientowaną, co Scorpius, który lekko nachylił się w stronę Lily.
-O kim mówisz? – mruknął w jej kierunku, jednak Ivy to dosłyszała.
-A jak myślisz, idioto?! – warknęła – mówię o moim kochanym braciszku, który jak zwykle wtrąca nos w nie swoje sprawy!
-Ale, co on ma z tym wspólnego? – zapytała impulsywnie Ivy, jednak od razu pożałowała.
-Jeszcze głupio się pytasz - powiedziała robiąc parę kroków w jej kierunku – Jak można być tak bezczelnym? Najpierw tu przychodzisz, a potem udajesz idiotkę. W sumie skoro się z nim zadajesz to musisz nią być...
- To chyba ty jesteś niespełna rozumu skoro zadajesz się ze Ślizgonem. A i tak nie wiem o czym mówisz. Wcale się z twoim bratem nie zadaje.- odparła bardziej pewnym siebie tonem.
- Nawet nie próbuj kłamać, wiem, ze ci kazał.
-Co takiego?
-Wiem, ze wynajął cię żebyś nas śledziła!
Ivy wybuchnęła śmiechem, a Lily zacisnęła pięści ze złości.
-Naprawdę jeszcze nie straciłam rozumu, żeby usługiwać Jamesowi.
-A więc czemu tu jesteś?
-Chciałam...-zaczęła, lecz głos ponownie uwiązł jej w gardle. Nie chciała by kolejna osoba wiedziała o książce. „A jeśli Malfoy jej powiedział?” – pomyślała i nabierając powietrza w płuca zaczęła jeszcze raz. - Nie śledziłam was...
***
Zimny wiatr był bezlitosny dla włosów Abigail, szarpiąc nimi w różne strony. Jednak nie przeszkadzało jej to, a wręcz przeciwnie lubiła taką pogodę. Lubiła, gdy wszystko powoli obumierało chcą uchronić się przed nadchodzącym mrozem i zimą. Wtedy wszędzie panował spokój i wszechogarniająca cisza, to było cudowne i tak piękne, że trudno było jej to opisać to słowami. A poza tym padał śnieg.
Abigail szła niewydeptaną uliczką, w którą wcześniej widziała jak skręca Ivy, czuła się winna tak szybkiego opuszczenia baru przez blondynkę. Miała nadzieję, że uda jej się ją przeprosić i jakoś udobruchać.
Nie powinna nawet zaczyna tematu balu. Było oczywiste, że Ivy nie lubi tego typy imprez, bo gdyby było inaczej, byłaby na zeszłorocznych balach. Naprawdę ją lubiła, ale nie była pewna czy Gryfonka to odwzajemnia. Choć odpowiedź była oczywista, Ivy raczej za nią nie przepadała. A może ona nikogo nie lubiła?
Jednak to nie był jej jedyny cel.
Okropnie ciekawiło ją dlaczego Ivy włóczy się po obrzeżach wioski. To było trochę dziwne. Nawet bardzo, zważając na to, że już zaczynało się ściemniać i powinni wracać do zamku. A Ivy nigdy nie łamała regulaminu. A przynajmniej tak wydawalo się Abigail.
Na końcu uliczki Ruda wyraźnie dostrzegała postać Ivy. Przyspieszyła chcąc jak najszybciej ją dogonić. Chwilę później Puchonka zdała sobie sprawę, iż dziewczyna z kimś rozmawia, widząc jak ta porusza ustami, lecz była zbyt daleko by cokolwiek usłyszeć. W Abigail wzbierała ciekawość, chciała się dowiedzieć kto stoi za budynkiem i z kim rozmawia dziewczyna. Ivy była zbyt pochłonięta konwersacją by zwrócić uwagę na cokolwiek wokół niej. Wyglądała na wzburzoną.
-A więc czemu tu jesteś?
„Czyżby to...?”
-Chciałam... Nie śledziłam was - mówiła niepewnie Ivy, a jej policzki stały się jeszcze bardziej czerwone. Abigail chciała coś powiedzieć, ale nie chciała przerywać im tej ciekawej rozmowy. W końcu postanowiła podejść i się przywitać.
-Śledzisz nas! - usłyszała poirytowany dziewczęcy głos, znała go ale nie mogła skojarzyć skąd....Abigail w tym momencie uznała, że trzeba pomóc Ivy wnioskując z jej zachowania, że ma jakieś kłopoty.
Zrobiła kilka śmiałych kroków do przodu wychodząc zza kamiennej ściany budynku. Kiedy zobaczyła rozmówców dziewczyny poczuła się lekko zawiedziona. Spodziewała się czegoś bardziej interesującego. Mimo wszystko szła dalej. W momencie gdy cała trójka zauważyła jej obecność, poślizgnęła się na błocie i wyładowała w tej okropnej ciemnej mokrej breji. Całą trójka nagle zamilkła.
-Em...Cześć! – zawołała starając się ukryć lekkie zawstydzenie i szybko podniosła się z ziemi. Abigail spojrzała w dół i oceniła swój stan. Kiepsko. Nawet gorzej. Strzepnęła mocno rękę, by pozbyć się z niej chociaż trochę błota.
Abigail spojrzała na osobę z którą Gryfonka rozmawiała. Było to siostra Jamesa, Lily Potter, która teraz obdarzyła je morderczym spojrzeniem. Obok stał Scorpius. Zerknęła na niego. W sumie to już wiedziała dlaczego Lily-Gryfonka, umówiła się ze Scorpiusem-Ślizgonem - był wyjątkowo ładny.
-No proszę...-wycedziła Lily, jednak po chwili dodała jakby coś sobie uświadamiając -pewnie mój brat obie was nasłał, co?-warknęła a w jej brązowych oczach iskrzyła się złość. Nim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, ktoś im przerwał
-Nie prawda, nie kazałem im...
~*~
Wybaczcie, że ta długo, mamy nawał zajęć w szkole, ale niedługo ferie, więc będzie trochę czasu by coś napisać.
Mamy nadzieję, że rozdział się podobał. Tak, wiemy, że jest okropnie krótki, ale póki co musi wam wystarczyć.
piątek, 3 lutego 2012
poniedziałek, 14 listopada 2011
Rozdział IX - „Ten” temat
Przepraszamy, że tak długo musieliście czekać.
~*~
Tego dnia pogoda była wyjątkowo nieprzyjemna. Mimo, że już nie padało, zimny wiatr skutecznie zniechęcał do wyjścia z zamku. Jednak znaleźli się odważni, którzy postanowili wykorzystać sobotnie popołudnie na wyjście do Hogsmeade.
Abigail nerwowo przestępowała z nogi na nogę w oczekiwaniu na Jamesa, co prawda nie była pewna czy zaproszenie wciąż jest aktualne, ale niekulturalnie byłoby się nie pojawić. Było jej tak wstyd za to, co wczoraj się stało, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie poniżyła. Zawsze dbała, by wszyscy o niej dobrze myśleli, a tu taka gafa. Tak bardzo chciała, żeby James w końcu się do niej przekonał.
A teraz nawet nie chciała wiedzieć, co o niej myśli.
Niespokojnie rozejrzała się po Sali wejściowej, w której kręciło się już sporo osób. W tłumie dostrzegła Danielle Carter – przyjaciółkę z pokoju.. Natychmiast się ożywiła i do niej podbiegła.
-Hej, Danielle!
-Cześć! – przywitała się dziewczyna i uśmiechnęła się przyjaźnie – Tez wybierasz się do Hogsmeade?
-No...I pomyślałam sobie, że może wybrałabyś się ze mną do Trzech Mioteł?
-Myślałam, że idziesz z Jamesem? Nie cieszysz się, że w końcu cię zaprosił? – dodała ze zdziwioną miną.
-Cieszę się – odparła bez entuzjazmu – ale nie chce iść sama, bo idzie też z nami David, więc byłoby mi raźniej....
-No, no Abigail, nie spodziewałam się tego po tobie! – brunetka zaśmiała się głośno i poklepała ją po ramieniu – Dwóch chłopaków, gratuluje!
-To jak pójdziesz ze mną? – spytała Abigail z szerokim uśmiechem.
-Nie mogę.
-Dlaczego? – spytała ruda wyraźnie zawiedziona.
-Umówiłam się już z Christianem –„No tak. Już ma z kim iść”, pomyślała nie okazując swojego niezadowolenia.
-Baw się dobrze – powiedziała Abigail na odchodnym i obserwowała jak Danielle podbiega do swojego chłopaka i czule się z nim wita. Wiedziała, że jeśli pójdzie tam sama to sytuacja stanie się bardzo krępująca. No przynajmniej dla niej, a za wszelką cenę chciała tego uniknąć. Miała nadzieję, że jeśli będzie ktoś jeszcze to nie wspomną nic o tamtym incydencie w szatni.
Abigail westchnęła i zerknęła na zegarek. Spóźniali się, już trzy minuty! Może wcale nie zamierzają przyjść? Ta myśl przyniosła jej pewną ulgę, jednak postanowiła, że zaczeka jeszcze parę minut.
Z każdą chwilą była coraz bardziej zestresowana. Przyłapała się na tym, że ze zdenerwowania zaczęła obgryzać pomalowane lakierem paznokcie. Schowała dłonie do kieszeni beżowego trenczu. Nagle dostrzegła Ivy Hunter. Bez zastanowienie rzuciła się w jej stronę.
-Ivy, zaczekaj! – zawołała za blondynką.
Dziewczyna odwróciła i rzuciła jej zdziwione spojrzenie.
-Czego chcesz? – spytała nieufnie. Ruda była zbyt zdesperowana, by przejąć się tak chłodną reakcją.
-Pójdziemy razem do Trzech Mioteł? – spytała uśmiechając się podnosząc brwi.
Ivy zmierzyła ją spojrzeniem. Gryfonka była ubrana w cienką kurtkę z kapturem i jeansy.
-To jak pójdziesz?
Ivy zmarszczyła brwi, najwyraźniej nad czymś się zastanawiając.
-Czemu prosisz o to akurat mnie?
-Bo...idziesz sama. A wiadomo, że w grupie raźniej! – palnęła bez zastanowienia wesołym tonem.
-A skąd wiesz, że idę sama?
-A idziesz z kimś?
-Nie, ale...
-No widzisz!
-Może idę sama, bo nie chce iść z kimś.
Abigail nieco zbiło to z tropu. Sala Wejściowa była już prawie pusta.
-Idziesz sama? – spytała niespodziewanie Ivy postanawiając zdobyć się na trochę uprzejmości Właściwie było to zdanie twierdzące, wypowiedziane nieco zdziwionym tonem.
Nagle Abigail usłyszała jak ktoś za nią się zatrzymuje. Ivy zmroziła wzrokiem osobę stojącą za jej plecami.
-To co idziemy?
Puchonka odwróciła się w kierunku źródła głosu. Jej oczom ukazał się James, tuż obok stał David opleciony masą kolorowych szalików. Spod warstwy wełny wystawał również szalik, w którym Gryfoni przychodzili na mecze.Poczuła jak robi jej się gorąco w okolicy klatki piersiowej, jednak przybrała spokojną minę i spojrzała na Davida - to było znacznie prostsze niż wytrzymanie wzroku Jamesa.
-Tak ci zimno? – spytała Ruda spuszczając wzrok na jego dłonie ubrane w grube rękawiczki.
-A tobie nie? – spytał z lekkim szokiem spoglądając na ich cienkie ubranie – może chcesz jeden szalik?
James wywrócił oczami i odwrócił nieco od reszty, ale Ivy wydawało się to urocze.
-Nie dziękuje. – odparła Puchonka z uśmiechem - Zaprosiłam też Ivy, mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza.
Blondynka rzuciła jej gniewne spojrzenie, a następnie przeniosła wzrok na chłopaków. Już otworzyła usta by wyrazić sprzeciw, jednak powstrzymał ją przed tym bardzo cichy szept Abigail:
-Chodź ze mną. Proszę.
Jej głos brzmiał naprawdę desperacko. Ivy była ciekawa, w co takiego się wpakowała, że tak bardzo jej na tym zależy, przypuszczała, że to nie z chęci spędzenia z nią czasu. Jednak postanowiła jej pomóc, nawet jeśli miało to oznaczać dodatkowe minuty spędzone z chłopakami z drużyny. Zastanawiała się tylko jaki jest tego cel.
-To, co będziemy tutaj tak sterczeć? Chodźmy. –rzekła Ivy i poszła przodem. Reszta ruszyła za nią. Abigail zrównała się z Gryfonką.
-Dzięki – szepnęła omal nie poruszając ustami.
-Czy powinnam spytać dlaczego? – zapytała nawet nie patrząc w jej stronę. James i David szli tuż za nimi i zapewne zastanawiali się nad całą ta sprawą.
-Nie. – odparła z uśmiechem. Ivy rzuciła je krótkie spojrzenie – miała rozmarzony wyraz twarzy.
-Masz rację, wolę nie wiedzieć – odpowiedziała wkładając ręce do kieszeni.
-Jak wam idzie nauka? – spytała Abigail odwracając się do tyłu.
-Pewnie to samo, co u was – rzekł David jak gdyby nigdy nic – nie nadążamy z odrabianiem pracy domowej.
-Nadążalibyśmy gdybyśmy nie mieli tyle treningów.- poprawiła go Ivy.
James zakrztusił się nagle, Ivy zerknęła na niego kątem oka. Zasłaniał usta dłonią, jednak zauważyła, że ukrywa uśmiech. Zmarszczyła brwi – to wszystko było bardzo podejrzane.
-A jedziecie do domu na święta? – Abigail szybko zmieniła temat – Ja chyba tak, chociaż równie dobrze mogłabym zostać.
Jak na jej gust, Abigail zbyt nagle zmieniła temat.
-Ja zostaje – powiedział David
-A czemu? – spytała ciekawsko.
-A tak jakoś....
Nim Abigail zdążyła zadać więcej pytań, James wtrącił się do rozmowy.
-W tym roku, ja też zostaje. Mam dość świąt z moją porąbaną rodzinką. A ty, Ivy? – zagadnął do milczącej dziewczyny.
-Ja pewnie, pojadę do domu, zobaczymy.
Abigail była szczęśliwa, że udało jej się uniknąć „tego” tematu. Do końca drogi luźno gawędzili.
Atmosfera była coraz luźniejsza, jednak z ulgą weszli do ciepłego baru. Jak zwykle było tłoczno, lecz bez problemu znaleźli wolny stolik. Mimo zwykłego hałasu, co chwilę ktoś witał się z Jamesem lub Davidem. Po drodze spotkali Josha i Lucy, którzy wylewnie przywitali się z Abigail. Ivy czuła się dziwnie – nie była przyzwyczajona do przebywania w tak popularnym towarzystwie. W czwórkę usiedli przy stoliku tuż przy barze.
Po chwili podeszła do nich młoda kelnerka z burzą ciemnych loków.
-Poprosimy cztery piwa kremowe – powiedział David, a kelnerka uśmiechnęła się do niego zalotnie. Cała czwórka wręczyła należną zapłatę, a kobieta wróciła się do baru by spełnić ich zamówienie. Szatyn zdjął rękawiczki i zaczął rozwijać kolejne warstwy szalików.
-Wiecie, kiedy następny trening? – spytała Ivy, zdejmując bluzę i wieszając ja na oparciu.
Abigail nagle wyprostowała się niczym struna i zaczęła nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu.
-Strasznie długo nie ma tej kelnerki – stwierdziła podnosząc się z miejsca – Chyba pójdę to sprawdzić...
Ivy zmarszczyła brwi i odprowadziła ją wzrokiem. Jej zachowanie wydawało się co najmniej dziwne. Była pewna, że musiało się coś wydarzyć podczas ćwiczeń. Postanowiła wykorzystać nieobecność Abigail, by zaspokoić swoja ciekawość.
-Czemu ona się tak dziwnie zachowuje? – spytała cicho, wskazując oczami na Abigail i nachylając się w ich kierunku.
-Sama ją o to zapytaj – odparł James, odchylając się do tyłu na krześle.
-Ale ona mi nie powie! Unika tego tematu jak ognia. – odparła Ivy również robiąc to samo co James.
-Bo zapewne nie jest z tego dumna. – odpowiedział Gryfon, składając ręce na brzuchu i przechylając się jeszcze bardziej.
-To czemu ty nie chcesz mi tego powiedzieć? Miałeś w tym aż tak duży udział ?– spytała wpatrując sie w jego twarz. Zżerała ją ciekawość. W tej chwili kelnerka położyła na ich stoliku cztery pełne kufle.
-Ty też byś nie chciała, żeby wszyscy gadali za twoimi plecami o tym, co robiłaś. – wtrącił się David biorąc swój kubek.
-A wy niby dochowujecie jej tajemnic? – prychnęła, choć wiedziała że nic nie wskóra, a zaraz dodała - Swoich nawet nie potraficie dochować.
W tym momencie do stolika z powrotem dosiadła się Abigail.
-Byłam jeszcze w toalecie. – wytłumaczyła Ruda sięgając po ostatnie piwo.-O czym gadaliście? – spytała upijając łyk napoju.
-No powiedz Ivy – zachęcił ją James, uśmiechając się złośliwie. Ivy zmroziła go krótkim spojrzeniem, jednak chłopak zupełnie się tym nie przejął i wrócił do popijania rozgrzewającego trunku. Abigail spojrzała na nią pytająco.
-A co zapomniałeś jak się mówi? – spytała Ivy spokojnie i nawet na niego nie patrząc napiła się piwa.
-Masz wąsy z piwa – poinformował ją James, a Ivy zmieszana energicznie przesunęła dłonią nad ustami.
-A co to jakaś tajemnica? –kontynuowała temat Abigail żartobliwym tonem, jednak po chwili zdała sobie sprawę na jaki temat rozmawiali. Jej mina diametralnie się zmieniła – Co jej nagadaliście?
-Nic. – powiedział David, Abigail zerknęła na niego niepewnie. Jednak najwyraźniej nie chciała ryzykować, bo ponownie uśmiechnęła się pogodnie i podjęła nowy temat.
-Zaprosiliście już kogoś na bal?
To pytanie kierowała głównie do chłopaków, jednak to Ivy jako pierwsza zareagowała.
-Przecież jeszcze miesiąc do balu! – wykrztusiła gdyż po usłyszeniu pytania zachłysnęła się kremowym piwem.
-Potem nikt fajny już nie zostaje. –stwierdziła Abigail krążąc czubkiem palca po brzegu kufla – A poza tym w sklepach nie ma już fajnych sukienek.
-Ten cały bal, to głupota. Tylko marnowanie pieniędzy. –wypaliła Ivy przytykając kufel do ust.
-To ty nie idziesz? – zdziwiła się Abigail, a Ivy rzuciła jej krótkie spojrzenie.
-Oczywiście, że nie – odparła – Po co mam tracić czas na takie głupoty?
James stukał palcami o drewniany blat, a David położył głowę na stoliku i wpatrywał się w zawartość swojego kufla. Ivy zdawała sobie sprawę, że słyszą każde jej słowo i nie czuła się z tym zbyt dobrze. A w dodatku nie lubiła tematu, który poruszyła Abigail. Nie interesowały ją tańce ani sukienki.
-Jeśli nie masz z kim iść to mam dużo kolegów, którzy na pewno będą chętni.- zaoferowała uprzejmie Abigail.
James i David parsknęli śmiechem nagle się ożywiając. Ivy była wyraźnie wzburzona.
-Nie idę, dlatego, że nie mam partnera – wycedziła czując jak zaczynają palić ją policzki– tylko dlatego, że nie mam w zwyczaju chodzić na przyjęcia dla idiotów.
-Czy ty w ogóle uczestniczysz w życiu towarzyskim szkoły? – spytała Ruda obserwując jej reakcje.
-Lepszym pytaniem byłoby czy w ogóle je ma – wtrącił James zanim Gryfonka zdążyła odpowiedzieć
Ivy rzuciła mu mordercza spojrzenie.
-Mam lepsze zajęcia.
-To co robisz w wolnym czasie? – zapytał David patrząc na nią przez pusty już kufel. Dziewczyna z zakłopotaniem potarła ramię.
-No nie wiem...Czytam książki? A co za różnica. Porozmawiajmy o czymś innym...
-O wiesz co? – Abigail nagle ożywiła się i klasnęła dłonie – Znasz Luke’a Browna? Jest suuuper przystojny i nie ma jeszcze pary! – a po chwili dodała – I Chyba jesteś w jego typie!
-Co takiego? – Ivy była skonsternowana myślą, że może być „w czyimś typie”, ale zaraz dorzuciła nieco ostrzej - Czy do ciebie nie dociera, że nie lubię takich imprez? Nigdzie się nie wybieram –oznajmiła, a zaraz potem wstała z miejsca – Wiecie, co muszę iść kupić nowe pióro.
Abigail uświadomiła sobie, że teraz zostanie sam na sam z Jamesem i Davidem. Nie mogła do tego dopuścić.
-Zostań no...Nie obrażaj się tak. – Odezwała się Abigail jakby było jej obojętne,.
-Ja się wcale nie obrażam! – fuknęła Ivy.
-Zostań jeszcze - poprosiła. Ivy wyraźnie niechętnie usiadła z powrotem.
-Zostań jeszcze - poprosiła. Ivy wyraźnie niechętnie usiadła z powrotem.
Abigail odetchnęła z ulgą. James patrzył na nią przez chwilę, ale po chwili znowu przechylił się na krześle i wpatrzył się w pokryty grubymi drewnianymi belkami sufit.
- No – mruknęła zadowolona, a po chwili dodała głośniej – A wy z kim chcecie iść? A może już kogoś macie?
-A po co pytasz? – spytał David odwracając się do Abigail,
-Z ciekawości.
-Po prostu myślałem, że może chcesz mnie zaprosić – zażartował szatyn uśmiechając się do dziewczyn.
Abigail zaśmiała się opierając łokcie na stoliku i wpatrzyła się w szmaragdowe oczy swojego rozmówcy. O tak. Znacznie łatwiej było jej patrzeć w ta piękną zieleń niż spojrzeć na Jamesa. Ciągle miała ochotę zapaść się pod ziemie na samą myśl o incydencie w szatni.
Abigail zaśmiała się opierając łokcie na stoliku i wpatrzyła się w szmaragdowe oczy swojego rozmówcy. O tak. Znacznie łatwiej było jej patrzeć w ta piękną zieleń niż spojrzeć na Jamesa. Ciągle miała ochotę zapaść się pod ziemie na samą myśl o incydencie w szatni.
-Czyli mam rozumieć, że jeszcze nikogo nie macie?
-Ja mam – powiedział James z pewną siebie miną, składając ręce na karku.
Ivy niespodziewanie prychnęła z pogardą, tak nagle, że Abigail aż podskoczyła. Wszyscy wybuchnęli śmiechem na komiczną reakcje Rudej, jednak jej samej nie było do śmiechu. Spojrzała na niego zdumiona i nim zdążyła zadać pytanie, odezwała sie Ivy.
-Naprawdę sądzisz, że przecudowna Vivian będzie chciała pójść z tobą na bal? – spytała blondynka wpatrując się w Jamesa. Chłopak odwzajemnił to spojrzenie, już otwierając usta by się odgryźć.
-Idziesz z tą dzi....– Abigail uprzedziła go i w ostatniej chwili ugryzła się w język.- ....dziewczyną? Tą nową...?
Puchonka poczuła ukłucie zazdrości. Miała nadzieję, że to ją James zaprosi, mimo ich słabych relacji.
-W sumie to jej jeszcze nie zaprosiłem...- dopowiedział James, a w Abigail odżyła nadzieja – zamierzam to zrobić jutro.
-Nie radzę jest strasznie nieuprzejma –rzuciła szybko Abigail – spotkałam ją przypadkiem po zajęciach. Kiedyś...dawno...- dodała zmieszana przypominając sobie ten dzień. W końcu kilka minut później znalazła się w męskiej przebieralni.
-Przecież nie jest od mówienia – powiedział uśmiechając się lekko. Ivy odwróciła się w jego stronę, a David jakby lekko się od nich odsunął.
-Ty próżna szowinistyczna świnio – wycedziła Ivy – Zawsze wiedziałam, że jesteś idiotą, ale teraz przeszedłeś samego siebie.
-A co ja takiego powiedziałem? – spytał zupełnie zdezorientowany. Abigail wiedziała co zdenerwowało Ivy, ale nie zamierzała się wtrącać. Może było to egoistyczne, ale cieszyła się, że James myśli ten sposób o Vivian. Wiedziała, że związki oparte na czymś takim, szybko się kończą. A jej było to na rękę.
-Co takiego powiedziałeś? Jesteś jeszcze bardziej tępy niż myślałam – stwierdziła i nagle wstała z krzesła akcentujac każde słowo uderzeniem w blat – I nie mam zamiaru ci tłumaczyć tak oczywistych rzeczy bo jesteś zbyt, wielkim, aroganckim...
Ivy rozkręciła się na dobre i wcale nie zapowiadało się, że będzie lepiej: James wykrzywił usta w tak dla siebie charakterystycznym grymasie złości.
-Och, doprawdy? – zapytał zakładając ręce na piersi, kiedy skończyła.
- Och, doprawdy! –przedrzeźniła go zaciskając dłoń na ramieniu torby. Ich słowa tonęły w ogólnym harmiderze panującym w pomieszczeniu.
-...I jeśli jeszcze raz coś takiego powiesz to...
-To co? Co mi zrobisz? – spytał drwiąco pochylając się do przodu.
Ivy zacisnęła usta w gniewnym grymasie. Obydwoje patrzyli sobie wyzywająco w oczy
David postanowił zareagować zanim dojdzie do rękoczynów.
David postanowił zareagować zanim dojdzie do rękoczynów.
-Rozumiem, że bardzo się lubicie i że musicie to sobie jakoś okazać, ale czy możecie wreszcie się zamknąć? – Powiedział spokojnym , ale stanowczym tonem – proszę?
-Nie mam zamiaru jej ustępować.- warknął James mrużąc orzechowe oczy, nawet nie odwracając się w stronę przyjaciela.
David opuścił ręce w bezradnym geście, jednak po chwili odezwała się Ivy.
-Więc ja ustąpię.
James był wyraźnie rozeźlony, jednak David spojrzał na nią zdumiony. Mina dziewczyny jednak w żadnym wypadku nie była łagodna.
-Głupszym się ustępuje – wyjaśniła i nim ktoś zdążył coś powiedzieć, chwyciła kurtkę wiszącą na oparciu i nawet jej nie zakładając prędko wyszła z baru.
-Może pójdę z tobą? – zawołała za nią Abigail, jednak drzwi baru już się zamknęły.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
-Tak bardzo się nas boisz? – odezwał się David z uśmiechem.
-No coś ty – odparła śmiejąc się histerycznie i siadając na brzegu krzesła.
-Mamy nadzieję, że spotkamy cię PO następnym treningu
Obaj wybuchnęli zgodnym śmiechem. Rzuciła im pełne politowania spojrzenie.
-I tak nie było, co oglądać – po tych słowach ich miny zrzedły, a Abigail powoli podniosła się z miejsca uśmiechając się tryumfalnie. Poczuła jak wraca jej pewność siebie. – Nie wmówicie mi, że nigdy nie chcieliście wejść do damskiej przebieralni – rzuciła na odchodnym, pozostawiając ich z ogłupiałymi minami.
Rozdział jest krótki i może nie najlepszy, ale robiłyśmy wszystko co mogłyśmy. Wybaczcie, że tak długo nie było nic nowego. Następnym razem postaramy się, by notki pojawiały się częściej, choć możliwe,że będą dosyć krótkie, jak ta.
Dziękujemy wszystkim, którzy tu ciągle wchodzą i to czytają :)
Dziękujemy wszystkim, którzy tu ciągle wchodzą i to czytają :)
wtorek, 27 września 2011
Rozdział VIII - Rozbierany Quidditch
Abigail szła opustoszałym korytarzem rozglądając się bacznie dookoła. Wsłuchiwała się w panującą ciszę, gotowa w każdym momencie uciec, gdy tylko usłyszy jakikolwiek dźwięk. Jednak najbardziej obawiała się, stukotu laski, co zwiastowałoby przybycie Filcha. Było bardzo wcześnie.
Rano. Coś koło czwartej, powoli zaczynało świtać.
Jej kroki odbijały się cichym echem, gdy przemierzała korytarz. W kieszeni miała zaadresowaną kopertę z listem do rodziców. Żywiła nadzieję, że sowa dotrze do domu jeszcze nim rodzice wyjdą do pracy, wtedy może nawet dziś otrzyma od nich odpowiedź. To było bardzo ważne, okropnie ważne. Musiała dostać odpowiedź dziś i to jak najszybciej, bo inaczej...
Gdy wyszła z zamku, okazało się, że jest dużo zimniej niż się tego spodziewała. Zaczęła biec w stronę sowiarni, parę razy potknęła się omal nie upadając, aż w końcu dotarła do celu. Szczękając zębami wspięła się po krętych schodach na wysoką wieżę. Weszła do środka i stanęła w progu na chwilę, by wyjąć list z kieszeni płaszcza, i wtedy usłyszała czyjś głos dochodzący z boku. To był James! Właśnie miała przekroczyć próg i tym samym wyjść z ukrycia, jednak w ostatniej chwili z tego zrezygnowała.
-W mroku w dnia w środku...Co to ma niby być?! –spytał James rozdrażnionym tonem.
Abigail przesunęła się trochę bliżej.
-Możliwe, że to nie jest to....- rozpoznała lekko zawiedziony głos Davida.
-Nie no coś ty! Nie domyśliłem, się! –warknął James.
-Nie wkurzaj się....Może po prostu pisze wiersze
-Kto normalny pisze takie wiersze? – spytał James z drwiną w głosie – i co to jest Dzień Narodzenia?
-Narodzenia czego? –spytał David lekko nieprzytomnie i ziewnął przeciągle.
-Ty tępaku! Nie wiem! Tak to bym się nie pytał, tak?- dodał ze złością, ale po chwili westchnął ciężko.- Wybacz stary, ostatnio jestem trochę podenerwowany. No wiesz Lily i te sprawy...
-I Abigail...- wtrącił David.
Ruda nawet nie myśląc, że nie powinno podsłuchiwać cudzych rozmów, przysunęła się do samej krawędzi i nadstawiła uszu. Nagle dziewczyna poczuła swędzenie w nosie i nim zdążyła je powstrzymać kichnęła. Przyłożyła dłoń do ust, jednak było za późno.
-Co to było?
Abigail zerwała się z miejsca i nim ją nakryli, zbiegła na dół i ukryła się za wielką zbroją.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, a ona miała wysłać list, więc postanowiła zaryzykować i wrócić się do sowiarni, przygotowując wymówkę. Przecież nic jej nie zrobią, a nawet nie udowodnią , że przed chwilą tam była.
Jednak, gdy weszła do środka nikogo tam nie zastała, co bardzo ją zaskoczyło, ponieważ do sowiarni prowadziły tylko jedne schody, a na pewno zobaczyłaby gdyby ktoś z nich schodził. Abigail wychyliła się przez okno, by sprawdzić czy nikt nie wisi na gzymsie. Zmarszczyła brwi i cofnęła się gdy ku swojemu zdumieniu nikogo tam nie zobaczyła. Rozejrzała się i po chwili znalazła odpowiednią sowę, czyli tą którą uznała za najszybszą. W czasie zawiązywaniu listu na nóżce ptaka, wciąż rozmyślała o rozmowie którą usłyszała. Zastanawiało ją jak Jamesowi i Davidowi udało się wyjść niepostrzeżenie z sowiarni. Przecież to było niemożliwe....
* * *
Ivy siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym i zaspanymi oczami wpatrywała się w kominek, w którym od dawna nie palił się ogień. Siedziała tutaj od dobrej godziny, gdy okropny koszmar wyrwał ją ze snu i odebrał ochotę do dalszego snu. Niespodziewanie drzwi pod portretem odchyliły się i do środka wszedł James razem Davidem. Chyba nawet jej nie zauważyli i prędko weszli po schodach do dormitorium chłopców w milczeniu. Ivy zmarszczyła brwi, ale powrotem położyła głowę na oparciu sofy i pogłaskała kota śpiącego jej na kolanach po czarnym łebku.
* * *
Abigail była dziś wyjątkowo dumna ze swojego wyglądu, dopóki nie zobaczyła tej nowej dziewczyny na korytarzu. Czarnowłosa piękność z podniesioną głową minęła ją w przejściu do Wielkiej Sali w otoczeniu grupki chłopców. Zamiast czarnego podróżnego płaszcza miała na sobie szkolną szatę z godłem domu węża. Nawet taki zwyczajny ubiór nie odbierał jej wdzięku. Abigail poczuła ukłucie uczucia, którego nie rozpoznawała. Nie było to przyjemne.
Abigail nie dając niczego po sobie poznać dosiadła się do swoich rozgadanych znajomych przy stole Puchonów. Dyskretnie zerknęła na stół obok. Nie było przy nim ani Jamesa ani Davida. Lekko zawiedziona odwróciła się do reszty Puchonów, którzy jak zwykle gawędzili wesoło.
-Wiem jak nazywa się ta nowa uczennica – szepnęła podekscytowana Danielle, nachylając się, by wszyscy mogli ją usłyszeć.
Odruchowo obejrzeli się na Ślizgonów, jednak gdy uznali, że nikt nie próbuje ich podsłuchać, Danielle kontynuowała:
-Ma na imię Vivian. Vivian Vittori. Jej ojciec jest włoskim ministrem.
-Ministrem czego? – spytała Abigail przechylając głowę.
-Tego jeszcze nie wiem – przyznała niechętnie – Ale niedługo się dowiem!
-Jest dość blada jak na Włoszkę. –stwierdził Josh odwracając się, by spojrzeć na Ślizgonkę -Au! – jęknął osłaniając głowę rękami przed uderzeniem zwiniętą w trąbkę gazetą – Za co?
-A ty już dobrze wiesz! – syknęła Lucy wymierzając kolejny cios.
Grupka Puchonów zachichotała cicho, gdy Josh nie zważając na kolejne uderzenia objął Lucy w talii i położył swoją głowę na ramieniu dziewczyny.
-Co dziś w Proroku? – spytał z przymilną miną i pocałował Lucy w policzek. Dziewczyna najwyraźniej zmiękła, bo otworzyła gazetę i przebiegła wzrokiem po tekście.
-No i? – spytała podekscytowana Danielle podnosząc brwi tak wysoko, że aż schowały się pod ciemną grzywką.
-Och! – wykrztusiła z siebie Lucy, odkładając gazetę na blat. Josh wziął ją do ręki i otworzył na odpowiedniej stronie. Po chwili odłożył Proroka na miejsce i objął wyraźnie wstrząśniętą Lucy.
-Co się stało? – spytała szybko Danielle wpatrując się wyczekująco w Josha, jednak on tylko pokręcił lekko głową.. Abigail prędko sięgnęła po gazetę szukając odpowiedniej strony. Danielle natychmiast przyłączyła się do rudej. Szatynka zbyt mocno złapała za brzeg strony, przez co rozerwała się na środku.
-Co pisze? – spytał Luke nagle pojawiając się tuż za plecami Abigail i Danielle. Dziewczyny aż podskoczyły tak je zaskoczył. Ruda bez słowa rzuciła mu gazetę.
-Znaleziono kobietę która zaginęła trzy dni temu, no wiesz tą Rachel – powiedziała patrząc mu w oczy – A raczej... jej resztki.
-Jej ciało było w takim stanie, że na początku nawet nie mogli jej rozpoznać – wtrąciła cicho Danielle.
-Znaleźli ją zakopaną głęboko pod ziemią. Gdzieś w lesie. – dodała Abigail ponuro – tuż przy mugolskim miasteczku.
Luke przenosił wzrok po kolei na zdruzgotaną Lucy, to na Josha, który ją obejmował, Danielle siedzącą z opuszczoną głową, a w końcu na Abigail, która wpatrywała się w niego bez wyrazu.
Luke po chwili milczenia opadł na ławkę obok nich. Nie odzywając się do siebie, jedli śniadanie. Atmosfera była ponura, zupełnie nie pasująca do ich zwykłego porannego zachowania. Josh i Lucy wyszli wcześniej.
Danielle odchrząknęła.
-Eee....To ja też będę się zbierać. – mruknęła podnosząc się ze stołu.
Abigail zerknęła przez ramię i przeszukała wzrokiem stół Gryfonów. Gdy dostrzegła twarz osoby, dla której specjalnie wcześniej przyszła na śniadanie, zupełnie bez namysłu wstała z miejsca. Ku jej zaskoczeniu, ale i radości ta osoba również podniosła się z drewnianej ławy. Serce przyśpieszało bicie, gdy chłopak zbliżał się do niej coraz bardziej. Przeszedł wzdłuż stołu, a potem skręcił w prawo. Abigail nie czekając dłużej, szybkim krokiem ruszyła w jego kierunku. Teraz byli na wprost siebie. Ruda zatrzymała się raptownie, czekając aż brunet podejdzie do niej wystarczająco blisko. Poczuła miłe ciepło w klatce piersiowej, mimowolnie się uśmiechnęła, gdy napotkała wzrok orzechowych oczu. Rozpierało ją takie szczęście, że miała ochotę podbiec do Gryfona i od razu rzucić mu się na szyję, jednak uznała, że pierwszy krok należy do niego. James unikał jej wzroku, uznała to za dobry znak – była pewna, że pewnie jest zawstydzony. „Ach, ta Gryfońska duma...”, pomyślała nie odrywając wzroku od wysokiej postaci.
Kiedy dzieliło ich nie więcej niż piec stóp, a James usilnie wbijał wzrok w ziemię, Abigail w obawie, że jednak zrezygnuje, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
-Cześć, James – zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
Chłopak zatrzymał się tuż przed nią i włożył ręce głęboko do kieszeni szaty.
-No, cześć – odpowiedział ciągle nie patrząc jej w oczy.
-To dla mnie wiele znaczy, naprawdę....-zaczęła Abigail i poczuła jak palą ją policzki – to niezmiernie urocze...
James podniósł głowę i spojrzał na nią. Tym razem to ona unikała kontaktu wzrokowego.
-To bardzo miłe z twojej strony. Wcale się nie gniewam... Już nic nie mówię – dodała po sekundzie przerwy i spojrzała mu w oczy z wyczekiwaniem.
James zrozumiał, że czegoś od niego oczekuje, ale zupełnie nie miał pojęcia, co ma zrobić.
Nastała krępująca cisza, w której stali jak dwa posągi, nie patrząc na siebie. Abigail zagryzła dolną wargę, a James poczochrał włosy ze zdenerwowania
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało, aż końcu James odchrząknął przerywając nieprzyjemne milczenie.
-A no tak....Ja właśnie chciałem....-zaczął brunet wyraźnie zakłopotany. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę, wpatrując się w zaczarowany sufit.
Abigail całą się rozpromieniła. „Jest taki słodki! Musi bardzo żałować, że aż tak się denerwuje!”
-Ja też chciałam...
-Chciałem....
Oboje odezwali się w tym samym momencie:
-Przeprosić.
- Już iść.
Ponownie nastała cisza. Usta Jamesa rozchyliły się w niemym zdumieniu. Potarł podbródek, jednocześnie zasłaniając usta, jakby chciał powstrzymać słowa, które już padły. Nie sądził, że oczekuje od niego przeprosin...
Abigail nagle zaśmiała się idealnie udawanym śmiechem, choć tak naprawdę powstrzymywała łzy. Myślała, że zamierza ją przeprosić za to jak ją potraktował, podczas, gdy on....
-Aha...No to....do zobaczenia – powiedziała prawie pogodnym tonem i natychmiast ruszyła w stronę wyjścia.
James stał przez chwilę bezruchu, nie wiedząc, co począć. Kroki Abigail odbijały się cichym echem, zagłuszane przez setki głosów, aż w końcu zupełnie ucichły, a jej sylwetka była za jego polem widzenia.
-Abigail! Zaczekaj! – zawołał i raptownie ruszył za nią choć nie miał żadnego planu. Abigail zatrzymała się powoli i odwróciła głowę.
-Tak? – spytała, jak gdyby nigdy nic.
James zdezorientowany jej postawą, podszedł do Rudej. Stali w zupełnie opustoszałej Sali Wejściowej, gdzie każdy dźwięk odbijał się donośnym echem od wysokiego sklepienia.
-Eee....To może....-Przerwał i odchrząknął, gorączkowo zastawiając się nad tym co powiedzieć. Abigail stała w miejscu i wpatrywała się w niego wyczekująco.
-Chciałeś coś jeszcze powiedzieć?
James palnął pierwszą rzecz jaka przyszła mu na myśl:
-Może poszłabyś na kremowe piwo w tą sobotę?
-Z wielką chęcią – odparła sztywno, jednak jej twarz rozjaśnił uśmiech.
-Tak na przeprosiny...- powiedział z niepewną miną – Umówiłem się wcześniej z Davidem i jeśli nie masz nic przeciwko to pójdziemy też z nim. Co ty na to?
-Nie ma problemu..
Stali tak przez chwilę. W końcu Abigail bez żadnego pożegnania skierowała się w kierunku schodów. Gdy jej postać już prawie znikła z widoku, James nagle coś sobie przypomniał.
- To o piętnastej w Sali Wejściowej! Aha, i nie zapomnij kasy, bo rodzice obcięli mi kieszonkowe za ostatni numer i nie starczy mi żeby wszystkim postawić....
-Pewnie. To na razie.
Abigail uśmiechnęła się i zbiegła po schodach do podziemi.
James przez chwilę w osłupieniu wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Abigail. Poczochrał swoje i tak już sterczące włosy i głośno wypuścił powietrze z ust.
-James coś ty najlepszego narobił. – mruknął sam do siebie i powolnym krokiem wrócił do Wielkiej Sali.
* * *
Ivy dokładniej przykryła się pierzyną, gdy chłodny powiew wiatru owionął jej skórę. z powrotem próbowała wrócić w objęcia Morfeusza, jednak sen nie chciał wrócić. Była zbyt zmęczona, żeby wstawać, ale zimno wpływające do pokoju z otwartego okna przy jej łóżku było nie do zniesienia. Na oślep sięgnęła rękami, czubkami palców już dosięgła drewnianej ramy. Wyciągnęła się najbardziej jak mogła, ciągle nie otwierając oczu, czułą, że brakuje jej tylko paru milimetrów. Zgięła nogę w kolanie i nim zdążyła się czegoś złapać, spadła z głuchym łoskotem na podłogę.
Dopiero to całkowicie wyrwało ją ze snu. Gdy nieco chwiejnie podniosła się z ziemi, rozejrzała się po pustym dormitorium. Zaraz, zaraz.....Jak to pustym? Spojrzała na zegarek.
Dopiero to całkowicie wyrwało ją ze snu. Gdy nieco chwiejnie podniosła się z ziemi, rozejrzała się po pustym dormitorium. Zaraz, zaraz.....Jak to pustym? Spojrzała na zegarek.
-Za pięć dziewiąta.... – mruknęła, odczytując godzinę z budzika leżącego na szafce nocnej – za pięć dziewiąta...Co...? O nie!
W jednym momencie chwyciła białą koszulę leżącą na szafie, który była elementem ich mundurku szkolnego i uprzednio zdejmując błękitna piżamę, zaczęła zapinać małe guziczki.
-Szybciej, szybciej! – szepnęła do siebie, gdy drżącym dłońmi zapinała koszulę.
Podbiegła do niedużej szafki nogach łóżka i przez parę chwil gorączkowo przerzucała jej zawartość, aż w końcu wyciągnęła z niej ciemne spodnie i naciągnęła je na nogi. Rozejrzała się po pokoju.
-Krawat. Gdzie jest krawat? – mruknęła przeszukując wzrokiem pokój – Ach, olać noszenie krawatów! Nie mam na to czasu!
Porwała torbę leżącą za łóżkiem, dziękując sobie w duchu, że spakowała się wczoraj wieczorem i szybkim ruchem nałożyła na ramiona długą, czarną szatę, założyła buty i wybiegła z dormitorium. Pokój wspólny i korytarze były puste, więc puściła się biegiem w kierunku wyjścia z zamku. Torba wrzynała jej się boleśnie w ramię i obijała o bok, gdy przemierzała kolejne korytarze.
Nagle nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Zwolniła, aż w końcu zatrzymała się zupełnie i ciężko dysząc oparła się o zimną ścianę. Ze zdziwieniem stwierdziła, że choć przebiegła dopiero przez trzy piętra jest zmęczona tak jak nigdy po takim dystansie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Oparła dłonie na kolanach i wzięła głęboki oddech. Powoli wracała jej siłą, jednak ciągle nie czułą się najlepiej.To pewnie, dlatego, że nie jadłam śniadania, pomyślała.
Raptownie przypomniało jej się, że powinna już dawno być na lekcji. Zmuszając się do wysiłku pobiegła w kierunku cieplarni.
Na dworzu jak zwykle ostatnio, padało, więc gdy weszła do szklarni była cała przemoczona, a jej buty umazane błotem. Wszyscy podnieśli głowy, przerywając wykonywane właśnie czynności gdy usłyszeli trzask drzwi. Trcohę zmieszana tym nagłym zainteresowaniem, zdjęła przemoczony płaszcz, starając się nie zwracać uwagi na spojrzenia reszty uczniów. Ivy odetchnęła z ulgą, gdy klasa wreszcie wróciła do swoich zajęć.
-Panno Hunter, spóźnienie – powiedział profesor Longbottom, nie odrywając wzroku od rośliny, którą się zajmował. Głos miał stłumionym przez maskę zasłaniającą twarz. Przycinał właśnie jakieś długie wijące się pnącza, które uparcie starały się chwycić się jego ramienia.
-Przepraszam – odpowiedziała - budzik mnie nie obudził
-Lepiej późno niż wcale – Nauczyciel rzucił jej uśmiech, który miał oznaczać, ze się nie gniewa – gdy ja chodziłem do szkoły bez przerwy się spóźniałem. Lepiej załóż maskę – dodał, wskazując na dokładnie taką samą osłonę jaką miał na twarzy.
Ivy wykonała polecenie i – jak na niemalże każdej lekcji zielarstwa – założyła grube rękawice ze smoczej skóry. Nikt nie musiał już o tym przypominać, każdy uczeń zakładał je automatycznie po wejściu do cieplarni. Na tym poziomie większość magicznych roślin była na tyle niebezpieczna, że takie środki. były konieczne.
Podeszła do wolnego stanowiska i przypatrując się temu, co robią inni, po chwili załapała, jakie zadanie maja wykonywać.
Uczniowie w klasie umilali sobie czas rozmową z sąsiadami w czasie przycinania pokrytych zieloną mazią pędów, ciągle będąc maksymalnie skoncentrowani ma ruchliwych mackach. Profesor Longbottom przechadzał się wokół grządek i przypatrywał się ich pracy.
Ivy w lewej dłoni miała ciężkie nożyce, a drugą przytrzymywała zielony pęd podczas, gdy inne próbowały sięgnąć jej twarzy i barków. Instynktownie odchyliła się do tyłu zapominając, że ma maskę.
Raz po raz dał się słyszeć dźwięk zaciskanych metalowych nożyc i upadających na posadzkę części roślin. Całą podłogę pokrywał lepki, żółty śluz.
-Ivy!
Ivy całkowicie skoncentrowana na swoim zadaniu, podskoczyła omal nie wypuszczając z dłoni nożyc.
-David! Wystraszyłeś mnie! – powiedziała jednocześnie odwracając się w jego stronę.
-Wybacz. – odpowiedział szybko. Był cały wysmarowany glutowatą substancją.
-O co chodzi? – spytała powracając do przycinania rośliny. Było oczywiste, że nie przychodzi do niej po to, żeby pogadać. Był bardzo miłym i sympatycznym chłopakiem, ale rzadko ze sobą rozmawiali, przeważnie tylko na treningach..
-Matt zmienił godzinę treningu. Mamy zjawić się na boisku od razu po lekcjach.
-Czy on zwariował? – spytała i zapewne podparła by się pod boki, gdyby tylko miała wolne ręce.
-To niewykluczone – odparł ze swoim zwykłym uśmiechem. Okropna maź spłynęła po osłonie i rozprysnęła się na podłodze. – Ale cóż poradzić?
-Wiesz chociaż dlaczego? Jeśli nie ma żadnego konkretnego powodu to chyba go zabije.
Ciach! Ivy zacisnęła palce na wielkich nożycach i podłoga pokryła się nową warstwą lepkiej mazi. Trochę soku poleciało prosto na Davida, który przeciągnął dłonią po osłonie, by nieco ją wyczyścić.
-Wybacz!
-To nic i tak jestem cały brudny. Uważa, że Ślizgoni chcą podkraść mu jego nową taktykę – poinformował ją David zerkając niepewnie w lewo.
Ciach! I kolejna macka upadła na podłogę.
-Nie można im ufać, wiem o tym, ale bez przesady! Czy on chce, żebyśmy padli trupem przed weekendem?
-Jakoś dożyjemy. W końcu najważniejsze to z nimi wygrać. – oznajmił nie odrywając od czegoś wzroku – Musimy. I pamiętaj Ivy. Musisz złapać tego znicza pierwsza. Postaraj się dobra?– dopiero teraz na nią zerknął. Ivy odwróciła się na chwilę od swojej grządki i spojrzała w jego szmaragdowo zielone oczy.
Nagle na końcu stołu rozległo się głośne „Au!” i oboje spojrzeli w tamtą stronę. To James walczył z mackami oplatającej go szybko rośliny, a właściwie dwóch roślin.
-Muszę lecieć, zapomniałem o tym!
Ivy wróciła do swojego zajęcia, jednak kątem oka obserwowała zmagania chłopaków. Najlepszymi zielarzami to oni nie byli, ale profesor Longbottom przyjmował każdego kto miał przynajmniej zadowalający i chęć do pracy. W przypadku tych dwóch nie była to chęc do pracy, po prostu myśleli, że zielarstwo to będzie sielanka. Mylili się.
W głowie ciągle kołatały jej się słowa wypowiedziane przez Davida: „Musisz złapać tego znicza pierwsza. Postaraj się dobra?”. Miała wrażenie, że wszystkim się wydaje, że nie wie jaka odpowiedzialność spoczywa na jej barkach. Doprowadzało ją to do szału, bo dawała z siebie wszystko na treningach i aż za dobrze wiedziała ile od niej zależy. Pamiętała, co było na ostatnim meczu z Puchonami i nie miała zamiaru ponownie dopuścić do tego, a ten brak wiary w jej umiejętności wcale nie w niczym nie pomagał. Miała wrażenie, że jej drużyna uważa ją za zupełnie beznadziejną. A może rzeczywiście była zupełnie beznadziejna?
Do rzeczywistości przywróciła ją kleista macka, która usiłowała wymierzyć jej policzek ukryty pod przezroczystą osłoną.
Ponownie rozległo się charakterystyczne „ciach!” i macka wylądowała z pacnięciem na zalanej gęstym sokiem podłodze.
Ivy zerknęła na koniec stołu. James był cały umazany żółtą mazią i właśnie z bardzo zaciętą miną próbował wyrwać roślinę z korzeniami. Wyglądało to tak komicznie, że pewnie by się zaśmiała, jednak słowa, które padły przed paroma minutami ciągle atakowały jej myśli i uparcie nie dawały za wygraną.
Potrząsnęła głową jak gdyby próbowała wyrzucić to z głowy. Ponownie poczuła się słabo, choć nie tak bardzo jak, gdy biegła na lekcje. Na chwilę zamknęła oczu, by nie dąć opętać się wszechogarniającemu zmęczeniu.
-James, co ty wyprawiasz?! – zawołał profesor Longbottom podbiegając do bruneta zmagającego się z pędami.
Gdy lekcja dobiegła końca zdążyła zapomnieć o zmęczeniu i poszła na kolejną lekcję.
Idąc korytarzem dostrzegła w tłumie uczniów jasne, niemalże białe ulizane włosy.Ciągle pamiętała o swoich przypuszczeniach, co do tego kto zabrał księgę, więc nie myśląc wiele pobiegła blondyna i stanęła przed nim. Chłopak zmarszczył brwi i wykrzywił usta.
-Stoisz mi na przejściu, szlamo. Zjeżdżaj stąd – warknął próbując ją wyminąć, jednak Ivy ponownie zastąpiła mu drogę.
Poczuła że krew w niej zawrzała i że ma wielką ochotę potraktować blondyna jakąś wyjątkowo paskudną klątwą, jednak spróbowała się opanować.
Poczuła że krew w niej zawrzała i że ma wielką ochotę potraktować blondyna jakąś wyjątkowo paskudną klątwą, jednak spróbowała się opanować.
-Nie, dopóki nie zwrócisz mi tego, co ukradłeś.
-Chyba pomieszało ci się w tej pustej głowie idiotko. Nigdy nie wziąłbym niczego, czego dotykały twoje brudne łapy.
-Oddaj mi książkę – powiedziała Ivy z groźbą w głosie i spojrzała w jego zimne oczy.
-Niczego ci nie zabrałem, nie dociera?
-I niby mam ci uwierzyć?
-To już twój problem – syknął. Ivy pozwoliła mu siebie wyminąć. Po chwili zniknął tłumie.Nie wiedziała, co o tym myśleć.
* * *
Abigail raźnym krokiem zmierzała w stronę boiska do Quidditcha. Specjalnie wyszła z dormitorium dwadzieścia minut wcześniej, żeby zaszyć się w szatni zanim James z resztą drużyny zacznie się w niej przebierać.
James bez koszulki, tego nie mogła przegapić! Przeszedł ją dreszcz.
Nie wiedziała skąd przyszedł jej do głowy taki szalony pomysł, ale uznała, że to będzie dobre zadośćuczynienie za jego wczesniejsze zachowanie, a poza tym...chciała go zobaczyć. Ot tak, po prostu.
Nie wiedziała skąd przyszedł jej do głowy taki szalony pomysł, ale uznała, że to będzie dobre zadośćuczynienie za jego wczesniejsze zachowanie, a poza tym...chciała go zobaczyć. Ot tak, po prostu.
Przy każdym kroku woda z kałuży, rozpryskiwała się pod kolorowymi kaloszami, które dzisiaj założyła. Słyszała jak krople deszczu bębnią o kaptur naciągnięty na głowę.
Dziedziniec był pusty. Z rozmarzeniem przymknęła powieki.
Nagle poczuła jak jej ramie uderza w coś twardego. Szybko wróciła do rzeczywistości. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła były wściekle wpatrujące się nią złote oczy. Zaskoczona, odsunęła się do tyłu, co pozwoliło jej ujrzeć w całej okazałości, stojącą przed nią postać. Długonoga, o idealnych kształtach, nawet w mundurku wyglądała świetnie. Choć widać było, że strój był nowy i dobrze dopasowany to nie umniejszało faktu, że dziewczyna przed nią była wręcz zjawiskowa.
-Przepraszam, nie zauważyłam cię – powiedziała Abigail chcąc załagodzić sytuacje.
-Co mi z twoich przeprosin? – fuknęła dziewczyna – Patrz co narobiłaś!
Abigail spojrzała w miejsce, w które Vivian wskazywała smukłą dłonią. Na ziemi leżało parę książek, całych przemokniętych i ubrudzonych błotem.
-Nie chciałam, przepraszam. Można to bardzo łatwo naprawić, wystarczy jedno zaklęcie. – odparła uprzejmym tonem, jednak nie kryjąc zdziwienia. Nie spodziewała się, że można w ten sposób zareagować na taką błahostkę. – szybko to załatwię – dodała wyciągając różdżkę. Puchonka nawet nie zdążyła wymówić formuły zaklęcia, gdy Vivian z odrazą odepchnęła jej rękę.
-Nie dziękuje – warknęła, przywołując książki zaklęciem. Dziewczyna odwróciła się na pięcie, a jej długie włosy chlasnęły Abigail po twarzy i szybko zniknęła w szkolnym korytarzu.
Ruda przez chwilę stała po środku dziedzińca zszokowana tym, co przed chwilą zaszło. Jednak nie chcąc trącić więcej czasu pobiegła w stronę boiska Quidditcha.
Stopy zapadały jej się po kostki w błocie, więc droga zajęła jej nieco więcej czasu niż się spodziewała. Po cichu weszła do męskiej szatni. Wszędzie leżały porozwalane ubrania i torby. „Czyli trening już się zaczął. Chyba zmienili godziny... Nieważne.” Wiedząc, że ma czas do końca treningu zaczęła spokojnie rozglądać się za jakąś dobrą kryjówką.
Stopy zapadały jej się po kostki w błocie, więc droga zajęła jej nieco więcej czasu niż się spodziewała. Po cichu weszła do męskiej szatni. Wszędzie leżały porozwalane ubrania i torby. „Czyli trening już się zaczął. Chyba zmienili godziny... Nieważne.” Wiedząc, że ma czas do końca treningu zaczęła spokojnie rozglądać się za jakąś dobrą kryjówką.
Gdy powoli przechadzała się po pomieszczeniu, niespodziewanie usłyszała głosy, a po chwili kroki zbliżającej się drużyny. Zupełnie spanikowana weszła na wąską półkę, która zakrywała gruba kotara. Szybko przeciągnęła zasłonkę po drewnianym drążku, tak by ją zasłoniła. Stare i nieużywane już miotły przyczepione do ściany utrudniały jej utrzymanie równowagi, jednak nie miała wyboru. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, a nie chciała zostać nakryta.
Wcześniej stłumione głosy nabrały na ostrości. Dał się słyszeć dźwięk odkładanych mioteł, a po chwili odgłosy zdejmowania ochraniaczy i ubrań. Abigail nie mogąc dłużej się powstrzymywać stanęła na palcach i wystawiając czubek głowy oparła się o drewnianym karniszu. "Chyba upadłam na głowę" - pomyślała.
Abigail, patrząc jak męska cześć gryfońskiej drużyny zdejmuje sportowe szaty. Wzrokiem wyszukała swój cel. James rozsznurowywał buty.
Abigail, patrząc jak męska cześć gryfońskiej drużyny zdejmuje sportowe szaty. Wzrokiem wyszukała swój cel. James rozsznurowywał buty.
Przed obiektem jej westchnień stanął właśnie kapitan drużyny- jeśli dobrze pamiętała miał na imię Matt. Zasłaniał jej cały widok. Szybkim ruchem zdjął podkoszulek. Abigail musiała przyznać, że nie dało się nic zarzucić jego sylwetce. Szybko schowała głowę za zasłoną, gdyż przez chwilę zdawało jej się, że ktoś patrzy w jej stronę. Po chwili znowu stanęła na palcach, by móc się popatrzeć . Czuła, że palą ją policzki. Domyślała się, że ze wstydu, jednak nie potrafiła przestać się im przyglądać. To było chore!
Po paru minutach, gdy zaczęli się ubierać tym razem w szkolne szaty, Abigail była w stanie ich ocenić. Niezaprzeczalnie na pierwszym miejscu był Matt, potem Vince, następnie David, później Aaron, a niestety ( ku jej zaskoczeniu) na szarym końcu znajdował się James. Był wysoki, ale chudy jak tyczka! W szkolnym szatach nie wydawał się tak....wątły.
Po paru minutach, gdy zaczęli się ubierać tym razem w szkolne szaty, Abigail była w stanie ich ocenić. Niezaprzeczalnie na pierwszym miejscu był Matt, potem Vince, następnie David, później Aaron, a niestety ( ku jej zaskoczeniu) na szarym końcu znajdował się James. Był wysoki, ale chudy jak tyczka! W szkolnym szatach nie wydawał się tak....wątły.
Większość drużyny wyszła z przebieralni. Został tylko James i David, co bardzo jej odpowiadało.
-Wyszli? – spytał James, schylając się by związać buty.
-Tak – odparł David opierając się o ścianę -Jak myślisz mówiła prawdę?
-Ciężko ją zrozumieć. To byłoby trochę dziwne, gdyby to okazało się prawdą. Bo kto normalny coś takiego wymyśla? To chyba oczywiste, że kłamała. Pytanie dlaczego?
-A może mówiła prawdę...
James podniósł brwi, patrząc na niego z politowaniem. Na chwilę zamilkli. Brunet założył na ramiona białą koszule.
-Chciałbym zaprosić ją na bal – powiedział David po chwili milczenia.
Abigail skrzywiła się. Oczywiście! Teraz wszystkie dziewczyny zostaną bez pary, bo każdy będzie chciał pójść z niezaprzeczalnie piękną Vivian! Abigail w złości mocno oparła się o belkę. Usłyszała trzask i nim zdążyła cokolwiek zrobić runęła na ziemię razem z karniszem.
-Co do...
James i David z wyrazem skrajnego zdziwienia obserwowali zmagania dziewczyny z zasłoną, w którą się zaplątała. Przez dłuższa chwilę nawet nie drgnęli, byli tak zszokowani. James zamarł w trakcie zapinania guzików koszuli.
-Co do...- powtórzył brunet, ale nie zdołał dokończyć zdania. Ciągle wpatrywał się w rudowłosą dziewczynę, której wreszcie udało się uwolnić z warstw grubego materiału. Stali teraz na wprost siebie. Abigail otworzyła usta, by się jakoś wytłumaczyć, jednak po chwili je zamknęła, gdyż nic sensownego nie przychodziło jej do głowy.
-Abigail. Co ty do jasnej cholery robisz w męskiej szatni? – Spytał James siląc się na spokojny ton, jednak jego głos zdradzał totalne zdumienie. David wciąż będąc w szoku, wpatrywał się w nią szeroko otwatymi oczami.
-Ja...ja...właśnie wychodziłam – Abigail z starając się zachować resztki dumy zadarła głowę i szybko zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Czy ty nas podglądałaś?
Abigail zatrzymała się w pół kroku i zaśmiała się histerycznie.
-Na głowie upadłeś? Ja? Za kogo ty mnie masz?
-To co tutaj w takim razie robiłaś?
-Ja....Szukałam czegoś – skłamała odrzucając włosy za ramiona.
Przez chwilę patrzyli na nią z niedowierzaniem, jednak James najwyraźniej odzyskał pewność siebie.
-I co znalazłaś? – spytał zakładając ręce na piersi.
-Z zaskoczeniem stwierdzam, że nie – odpowiedziała i szybko wyszła.
James spojrzał na niedowierzającego Davida.
-A co będzie potem, skoro już teraz nas podgląda?
Po tych słowach założył kurtkę i obaj wyszli z przebieralni.
~*~
Rozdział pojawił się późno, ponieważ z powodu nawału prac domowych i masy nauki brakuje nam czasu na pisanie. Nie ma, co obiecywać, że wkrótce się to zmieni, bo niektórzy nauczyciele chyba mają wrażenie, że nie marzymy o niczym innym jak tylko o tym, by ślęczeć nad lekcjami cały dzień. Jednak będziemy się starać, by notki nie pojawiały się tak potwornie rzadko ;)
A i oczywiście zachęcamy do podsuwania pomysłów i wyszukiwania błędów lub po prostu napisania tego, co się nie podoba. To bardzo pomocne :)
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Rozdział VII - Nowy
Poprzedni rozdział został poprawiony na końcu i przebieg wydarzeń nieco się zmienił.
Woźnym będzie Filch, bo został wybrany większością głosów. W sumie to dobrze, bo się do niego przywiązałyśmy.
Woźnym będzie Filch, bo został wybrany większością głosów. W sumie to dobrze, bo się do niego przywiązałyśmy.
Przepraszamy za kłótnie, która nieporzebnie przeniosła się na bloga, postaramy się, aby więcej się to nie powtórzyło. Ale nie martwcie się, my cały czas się kłócimy :> No i jeszcze, że tak długo czekaliście na nowy rozdział, jakoś brakuje nam czasu.
Rozdział ze specjalną dedykacją dla Uli. Starałyśmy się go napisać przed 9 sierpnia no i proszę jest :).
Koniec tego ględzenia. Zapraszamy do czytania! :D
* * *
Zbliżał się wieczór.
Ivy od paru godzin siedziała na łóżku i wpatrywała w kropelki deszczu spływające po oknie. Jej oczy były puste. Zwykły błękit zamienił się w szarość bijącą od z każdą minutą ciemniejącego nieba. Zapowiadało się na burzę.
Potężna fala deszczu zadudniła w szybę
Drobna blondynka nie zmieniła pozycji, nawet nie drgnęła. Wygląda jakby była chora: jej twarz była bardzo blada i bez wyrazu, pełne, jednak nieduże usta odznaczały się bladą czerwienią od białej jak kartka papieru skóry. Może było to spowodowane tylko złym światłem, jednak dziewczyna wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć.
Gdzieś zagrzmiało. Potem znów dało się tylko słyszeć jak krople uderzają i rozpryskują się o parapety, dachy i rynny.
Nagle drzwi cicho zaskrzypiały i otworzyły się, a do środka ktoś wszedł. Ivy nie odwróciła się, czuła jakby nie miała siły wykonać nawet tej drobnej czynności. Potem usłyszała jak drzwi się zamykają i Rose i Victoria nagle przerywają rozmowę, poczuła mrowienie na karku.
-Ivy, dlaczego tutaj siedzisz sama? – spytała Rose podchodząc do niej. Ivy usłyszała jej ciche kroki..
-Słabo się poczułam – skłamała, nawet się nie odwracając.
-Chodź na dół! Niedługo przybędzie ten nowy uczeń. – powiedziała Rose siadając na brzegu łóżka – Wszyscy są już na dole.
-Nie chce
Przez chwilę było słychać tylko wściekłe bębnienie deszczu o szybę.
-Rose przyszłyśmy tutaj tylko poprawić makijaż i fryzurę, pamiętasz? – spytała Victoria smarując usta błyszczykiem i poprawiając długie czarne loki.
-Chodź Ivy, nie mamy wiele czasu! –poganiała ją Rose i złapała ją za ramie, obracając w swoją stronę, i wydała zduszony okrzyk, gdy zobaczyła jej bladą twarz – Och, Ivy ty naprawdę jesteś chora! Musisz natychmiast iść do skrzydła szpitalnego!
-Nie będę szła do żadnego skrzydła szpitalnego! – warknęła i odsunęła się od Rose.
Rose otworzyła szeroko oczy zdziwiona jej niegrzecznym zachowaniem., a Ivy i rzuciła jej wrogie spojrzenie. Tym razem to Rose lekko się odsunęła.
-Widzisz już czuje się świetnie –zadrwiła Victoria, podkręcając różdżką rzęsy.
-Ivy...co się stało? – spytała Rose delikatnie łapiąc ją za ramię.
Blondynka zadrżała z gniewu i zacisnęła pięści tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Czuła, ze za chwilę nie wytrzyma i uderzy Rose.
-Nic mi się nie stało! – prychnęła i szarpnęła ręką – puszczaj!
Rose puściła jej ramię tak nagle jak by jej blada skóra ją oparzyła. i wstała. Rzuciła jej jeszcze tylko jedno wylęknione spojrzenie zanim podeszła do drzwi.
-Zostaw wreszcie te rzęsy! Idziemy – zwróciła się do lekko drżącym głosem do Victorii ciągle sterczącej przed wysokim stojącym lustrem i po chwili obie wyszły z dormitorium zatrzaskując drzwi.
Ivy dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego jak się zachowała i prawie w tym samym momencie uświadomiła sobie, że teraz jest zupełnie spokojna., jakby przed chwilą nie było tego nieoczekiwanego wybuchu złości.
Przyłożyła dłoń do czoła – było gorące. Szybko podeszła do lustra stojącego w kącie, w którym dopiero co przeglądała się Victoria i aż zrobiła krok do tyłu. Była blada, bardzo blada nawet mimo jej jasnej karnacji. Usta były wykrzywione w jakimś nieprzyjemnym grymasie, a brwi ściągnięte.
Przemyła twarz lodowatą wodą i ponownie spojrzała w lustro. Trochę lepiej.
Wyszła z łazienki i ponownie usiadła na łóżku, opierając głowę na rękach starając się zrozumieć, co się stało i dlaczego w ten sposób potraktowała niczego winną Rose. Jak na razie wiedziała tylko jedno: że musi czym prędzej ją przeprosić.
Dźwignęła się z łóżka i szybko wyszła z dormitorium. Skierowała się do Wielkiej Sali, w której huczało jak w ulu od podekscytowanych głosów:
-Jejku, nie mogę się doczekać!
-Która to już godzina? Chyba się spóźnia.
-Która to już godzina? Chyba się spóźnia.
-Jak wyglądam? Musze zrobić na nim dobre pierwsze wrażenie!
Większość miejsc była już zajęta, rozejrzała się i napotkała zimny wzrok Rose. Jednak postanowiła, że przeprosi ją, gdy emocje opadną. Natychmiast opuściła głowę zawstydzona i przeszła wzdłuż stołu, by zająć pierwsze lepsze miejsce.
-Hej, Hunter! – zawołał ktoś z boku. Obróciła się i zobaczyła Matta machającego do niej energicznie, by podeszła. Przesunął się i zrobił jej miejsce.
-Dlaczego tak późno przyszłaś? – spytał chłopak nim usiadła, a Ivy spojrzała po reszcie drużyny, która jak ostatnio siedziała wspólnie przy stole.
-Eee...Ja....
-Nieważne. Opracowałem nową taktykę...
-Matt? –zaczęła nieśmiało- czy mógłbyś mi to pokazać, kiedy indziej? Jakoś dzisiaj nie mam do tego głowy.
-No dobrze – powiedział niechętnie i uważnie jej się przyjrzał, zaciskając usta i marszcząc brwi. – tylko nie rozchoruj się przed meczem, dobra?
-Nic mi nie jest – odparła lekko rozdrażnionym tonem, a gdy Matt spojrzał na nią bez przekonania, dodała – nie martw się, tym razem niczego nie zawalę.
Matt uśmiechnął się niepewnie i powrócił do rysowania wykresów.
-Kiedy podadzą jedzenie? – marudził James uderzając pięściami w stół.
-Przestań! Przez ciebie jestem jeszcze bardziej głodny! – jęknął David.
-To nie moja wina, że ten głupek się spóźnia!
-Jaki głupek?
-A jak myślisz? Ten nowy uczeń.
Pozostali natychmiast podchwycili temat i zaczęli się przekrzykiwać.
-Gryfon na pewno nie kazałby nam czekać tak długo na kolację, to będzie Ślizgon! Nawet się o to założę!
-No nie wiem. To pewnie Puchon....Pewno się gdzieś potknął i spadł z klifu, dlatego się spóźnia. No jak to Puchoni, nie?
-No w sumie....-David potarł podbródek w zamyśleniu – to całkiem możliwe!
-Ja mówię, że to Puchon! – zawołał James podnosząc rękę.
-Co ty gadasz? To na pewno Krukon!
-Ja stawiam na Gryfona!
-Na sto procent to Ślizgon...założe się o 5 galeonów!
-Ale macie problemy....-mruknęła Ivy opierając czoło na dłoni. Niemiłosiernie bolała ją głowa, a te wszystkie wrzaski tylko pogarszały sprawę – Czy to ważne, w którym będzie domu?
-No tak no bo...-zaczął Aaron – w sumie to sam nie wiem dlaczego, ale to dobra okazja, żeby się założyć, no nie?
Ivy odwróciła się i przy następnym stole zobaczyła Abigail, która rozmawiała szybko z jakąś inną Puchonką. Ivy zauważyła, że James unika patrzenia w tamtym kierunku.
Podekscytowane głosy uczniów toczących zażarte dyskusje odbijały się echem od ścian.
Nagle drzwi rozwarły się z hukiem. Wszyscy zebrani natychmiast odwrócili się w tamtą stronę, jednak ku niezadowoleniu wszystkich był to tylko szkolny Wożny. Niektórzy jęknęli z zawodem i z powrotem wrócili do rozmów.
Filch zrobił parę kroków do przodu, a potem zawołał skrzekliwym głosem, a jego głos został lekko zagłuszony przez hałas panujący w sali:
-Już jest, Pani Dyrektor – starzec sapnął ciężko i spojrzał na McGonaggal – Czeka w sali wejściowej.
Nagle wszyscy uczniowie jednocześnie wydali zduszone okrzyki, a poniektórzy wstali ze swoich miejsc i rzucili się w stronę wyjścia. Reszta idąc ich przykładem zrobiła to samo. Spora grupa uczniów przebiegła pomiędzy stołami, omal nie przewracając starca tarasującego im drogę. Filch zatoczył się i oparł się na drewnianej lasce, by utrzymać równowagę i zaczął głośno przeklinać uczniów. W sali panował teraz zupełny chaos.
-Cisza! - zagrzmiała dyrektorka i wszyscy zastygli przerażeniu – Na miejsca, ale już!
Uczniowie w pośpiechu wrócili na miejsca. McGonagall zlustrowała ich srogim spojrzeniem.
-Nowego ucznia powitanym tutaj,. W Wielkiej Sali, i oczekuje od każdego z was, że wykażecie się dobrym wychowaniem i manierami – rzuciła cierpko zatrzymując wzrok na co poniektórych uczniach.
-Nie rozumiem, dlaczego spojrzała akurat na nas – szepnął James ze złośliwym uśmieszkiem, a David zachichotał.
-Czy mam go wprowadzić? – spytał woźny stojący bezradnie pomiędzy stołami.
-Tak, proszę – odparła Dyrektorka omiatając chłodnym spojrzeniem salę i wyszła poza stół nauczycielski.
W sali panowała niczym nieprzerwana cisza, w której każdy niecierpliwie oczekiwał na nowego Hogwartczyka wpatrując się w dwuskrzydłowe dębowe drzwi.
Po chwili, choć wydawało się, że trwało to znacznie dłużej, drzwi otworzyły się ponownie z cichym skrzypnięciem i do środka wszedł woźny prowadząc za sobą postać ubraną w długi podróżny płaszcz, który skrywał całą sylwetkę. Wszyscy wyciągali głowy, by dojrzeć twarz przybysza, lecz była ukryta w głębokim kapturze.
McGonaggal stała przy stołku, na którym leżała wysłużona tiara przydziału i cierpliwie czekała na przybysza powoli zmierzającego w jej stronę. Jego kroki niosły się cichym echem, co było jedynym dźwiękiem poza dudnieniem deszczu o parapety. Wysoka postać zostawiała za sobą mokre ślady na posadzce. Uczniowie podążali za nią wzrokiem, obracając głowy i wychylając się ze swoich miejsc. Jakiś niski pierwszoroczniak chciał stanąć na stole, by lepiej widzieć, jednak zaraz został ściągnięty na dół przez prefekta siedzącego obok.
W końcu, kiedy dotarła do drewnianego krzesła, Dyrektorka podniosła tiarę i wskazała dłonią miejsce. Rzuciła spojrzenie na twarz nowego ucznia, który posłusznie usiadł.
Mimo iż ta osoba była zwrócona przodem do uczniów, spuszczony na twarz czarny kaptur uniemożliwiał dostrzeżenie jej rysów.
-Proszę zdjąć kaptur – oznajmiła McGonagall po chwili, gdy uczeń sam nie zamierzał tego zrobić.
Postać drgnęła, lecz sięgnęła szczupłymi dłońmi do krawędzi kaptura i powoli zsunęła go z głowy.
Abigail otworzyła usta ze zdumienia.
W sali wybuchła wrzawa.
* * *
Mężczyzna w czarnym płaszczu zrobił duży krok do przodu, przestępując drobne ciało kobiety. Wiatr z północy z cichym szelestem okrył je jesiennymi liśćmi. Blada skóra w wielu miejscach naznaczona była sinymi śladami i głębokimi ranami. Na policzku widniały dwa długie zadrapania, a w szeroko otwartych oczach tliły się ostatnie skry życia. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko, a z ust wydobywał się obłok pary, z każdym nierównym wydechem.
Aksamitne niebo okrywały granatowe chmury, zza których wyłaniał się blady księżyc, pokrywając ich brzegi srebrzystą poświatą. Noc była nadzwyczaj piękna.
-Nie...Odejdźcie! – wychrypiała z trudem. Wargi drżały jej z zimna – to nie ja...
-Wiem.
Kobieta oparła się na boku, a prawą ręką chwyciła się wystającego korzenia i podciągnęła się krzywiąc się z bólu. Złapała się pnia i nieudolnie dźwignęła się na nogi, po policzkach spłynęły kolejne łzy przerażenia, a twarz wykrzywił grymas przejmującego bólu, który przeszył jej ciało. Nagle obejrzała się na swojego oprawcę, który ku jej zdziwieniu stał spokojnie, wpatrując się w kawałek szkła. Kobieta nie zwlekając, zmuszając obolałe mięśnie do wysiłku pobiegła w głąb lasu.
Mężczyzna średniego wzrostu, na oko czterdziestolatek usłyszał szelest liści i pękających drobnych gałęzi. Podniósł wzrok i spojrzał obojętnie zimnymi oczami w stronę oddalającej się kobiety. Mimo iż poranione nogi utrudniały jej ucieczkę, jej sylwetka prawie znikła pomiędzy drzewami, a tupot stóp zmienił się w cichy szum liści zalegających na wyjałowionej ziemi.
Mężczyzna odwrócił się i przeniósł wzrok na postać stojącą w cieniu wysokiego dębu.
-Jak skończysz. Zakop ją. – rzucił beznamiętnie przez ramię chowając przedmiot do kieszeni szaty, zatrzymał się i dodał cicho – Głęboko.
A chwilę potem noc przeszył krzyk młodej kobiety.
* * *
McGonagall bez słowa nałożyła starą, lekko wypaloną tiarę na długie, hebanowe i lśniące włosy. Kocie oczy barwy złota przebiegły szybko po magicznym sklepieniu sali, a duże, zmysłowe usta uniosły się w bardzo delikatnym uśmiechu. Dziewczyna złożyła smukłe dłonie na podołku, gdy tiara podejmowała decyzję.
-Mój boże....-szepnął James nie odrywając wzroku od uczennicy – oby Gryffindor...
-Dopiero, co mówiłeś, że będzie w Hufflepuffie – stwierdziła chłodno Ivy zakładając ręce na piersi.
-To było dawno i nieprawda. – odparł bez zmiany pozycji – A zresztą wtedy nie wiedziałem, że ten nowy uczeń to uczennica!
-I jeszcze jaka ładna! – dodał Aaron wpatrując się w nią łapczywie.
-Ale jesteście płytcy– oznajmiła Ivy z pogardą i odwróciła się do nich plecami czekając na werdykt tiary.
-Przecież to miał być uczeń – stwierdziła jedna z Puchonek płaczliwym tonem, a Abigail nie wydała z siebie żadnego dźwięku, ciągle lekko zszokowana wpatrywała się w dziewczynę na stołku.
Tiara powoli rozwarła usta:
-Oby Gryffindor....Oby Gryffindor – szeptał James trzymając kciuki.
Wreszcie tiara wykrzyknęła na cały głos:
-SLYTHERIN!
-NIE! – zawył James omal nie spadając z ławy.
Od stołu Ślizgonów rozległy się ogłuszające wiwaty i przeszczęśliwe okrzyki, jednak dziewczęta z Domu Węża nie brały udziału w ogólnej radości.
Świeżo upieczona Ślizgonka lekko wstała ze stołka i ruszyła pełnym gracji krokiem w ich kierunku. Chłopcy prześcigali się w uprzejmościach z nadzieją, że szatynka usiądzie obok nich. Gdy zajęła swoje miejsce ponownie odezwała się profesor McGonagall:
-Jestem pewna że ciepło przyjmiecie nową uczennicę, a od Ślizgonów oczekuje, że pomożecie koleżance odnaleźć się w nowym miejscu. Choć wydaje mi się, ze te słowa nie były konieczne – dodała z dezaprobatą zerkając na grupę chłopaków wyciągających szyję, by lepiej obejrzeć dziewczynę – A teraz czas na kolacje!
McGonagall klasnęła w dłonie i na wszystkich pięciu stołach pojawiły się jak zwykle pyszne dania.
Abigail nałożyła sobie pudding i z ciekawością zerknęła na nową uczennicę. Siedziała prosto jak struna, przed nią stał wciąż pusty talerz i nie wygląda jakby miała zamiar coś zjeść. Czasem uśmiechała się lekko do reszty Ślizgonów.
Nagle skierowała swoje migdałowe oczy prosto na nią. Abigail zawstydzona, odwróciła się i zajęła jedzeniem puddingu.
Po skończonej kolacji cześć uczniów zamiast udać się do swoich dormitoriów, chciała znaleźć się jak najbliżej ładnej Ślizgonki, która prowadzona przez prefekta kierowała się do Pokoju Wspólnego.
Abigail uparcie ignorując Jamesa, zręcznie lawirującego w tłumie, zeszła do podziemi razem z innymi Puchonkami.
Ivy nie miała zamiaru ich naśladować i szybkim krokiem ruszyła w stronę wieży. Nie rozumiała jak inni mogą być tak powierzchowni i zwracać uwagę tylko na jej wygląd.
Całe to zamieszanie sprawiło, że zupełnie zapomniała o księdze i teraz ta myśl powróciła do niej z całą mocą. Zatrzymała się raptownie w pół kroku i po raz setny zaczęła przetwarzać w myślach wydarzenia sprzed paru godzin: „To Scorpius ją zabrał! Jestem pewna! No bo kto inny? David by tego nie zrobił stał zbyt daleko i na pewno bym zauważyła, gdyby coś zabrał – wyliczała w myślach – dalej, James nie miał nawet okazji, a Abigail....Abigail była wpatrzona w niego przez cały czas... no, dopóki się nie pokłócili...A Scorpus miał doskonałą okazję, kiedy David rzucił zaklęcie, a on upadł na ziemię. Nikt nie zwracał na niego wtedy uwagi i miał czas by ją zabrać. A po za tym to Ślizgon, już ten fakt stawia go w kręgu podejrzanych.”
Ponownie zaczęła wspinać się po schodach, jednak teraz jej głowę zaprzątały ważniejsze sprawy niż nowa „miss” szkoły. Szła szybko w górę schodów.
Teraz pozostało tylko jedno pytanie : Jak odebrać książkę Malfoyowi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



