niedziela, 26 sierpnia 2012

Rozdział XII - „Wchodzisz na własną odpowiedzialność”

  Taak! Jest, to na co tak długo czekaliście! 
Możecie zerknąc sobie do poprzedniego rozdziału, dla przypomnienia. My przez wakacje same zapomniałyśmy co tam pisało ;p
Miłego czytania :)




~*~

-Abigail? – odezwał się David zdumionym głosem.
-Wiejcie! Zaraz będzie tu Filch!
Po tych słowach ruda przebiegła tuż obok nich. Jej beżowy trencz lekko szeleścił przy każdym ruchu
-No co tak stoicie?
Ivy i David jak oparzeni ruszyli się z miejsca i zrównali się  z Puchonką. Chcieli jak najszybciej oddalić się od woźnego i jednocześnie nie zwrócić na siebie jego uwagi hałasem. David wyprzedził je nieco.
Znajdowali się teraz w starym holu prowadzącym do sal, w których niegdyś prowadzono zajęcia. Ivy zerknęła na obraz przez który tu weszli był zbyt wysoko by znów się na niego wspiąć. Było to jedno z nielicznych malowideł jakie pozostawiono w tej części zamku.
Hall sprawiał ponure wrażenie. Niemalże nagie ściany odbijały blade światło księżyca wpadające przez stare witraże.  Choć będąc tutaj odnosiło się silne wrażenie, że od lat nie postąpiła tutaj niczyja noga to panował tu idealny porządek. Nie znalazłoby się tu nawet pyłku kurzu. Mijali drewniane drzwi. Farba dawno już zeszła ukazując wiekowe sęki. Niektóre klamki pokryły się rdzą.
Nagle usłyszeli trzask gdzieś za sobą. Momentalnie obrócili się w stronę dźwięku.
-Szybko, schowajmy się - szepnęła Ivy i chwyciła zardzewiałą klamkę do nieznanego pomieszczenia. Jednak drzwi ni drgnęły. 
-Alohomora - mruknęła, celując różdżką w zamek, który szczęknął i po chwili drzwi ustąpiły skrzypiąc przeraźliwie.
-Świetnie, na pewno to usłyszał- jęknęła Abigail –Szybko właźcie.
Ruda wepchnęła ich do środka, a następnie zamknęła za sobą drzwi. Oparła się na nich i głośno westchnęła. Nagle podniosła wzrok i rozejrzała się po sali.
-O… jakie fajne miejsce.
Na całej powierzchni sufitu porozwieszane były metalowe klatki różnej wielkości. W Sali znajdowały się rzędy starych i poniszczonych przez uczniów ławek. Na końcu znajdowało się duże biurko z ciemnego drewna, za którym mieściły się kręte schody prowadzące do gabinetu nauczyciela.
-Ej… patrzcie - odezwał się David. 
Dziewczyny podeszły do jednej z ostatnich ławek nad którą pochylał się Gryfon i zajrzały mu przez ramie.
-Spójrzcie - powiedział głosem trzęsącym się od śmiechu i wskazał na jakiś koślawy malunek. -To McGonagall!- Chłopak zgiął się w pół i zakrył usta dłonią, by powstrzymać rechot.
-David, bądź cicho! – syknęła blondynka, jednak sama ledwo co powstrzymała się od wybuchnięcia smiechem.
-zapomniałem… - wyszeptał, wciąż z usmiechem na ustach – hej, ta sala jest  świetna! Szkoda, że nie mamy tu lekcji. Mógłbym dorysować ...
-Wole nie wiedzieć  – przerwała mu Abigail, uśmiechając się szeroko i cicho chichocąc. 
-Chyba woźnego już nie ma – stwierdziła Ivy, przykładając ucho do drzwi – chodźcie.
Nie czekając na ich reakcje, złapała za mosiężną klamkę i wyszła na korytarz.
-Nikogo nie ma.
David i Abigail ruszyli za nią. Wkrótce rozstali się z Puchonką, która udała się do podziemia, a oni we dwójkę ruszyli do wieży Gryffindoru.




   * * *


Padał rzęsisty deszcz. Chłodny wiatr smagał twarze drużyny Gryffindoru.
-Są już wszyscy? – zapytał Matt krzywiąc się od zimnych kropli deszczu rozbijających mu się na policzkach.
-Nie ma Davida i Jamesa – poinformował Aaron, szczękając zębami z zimna.
Kapitan rozejrzał się po przemarzniętej do szpiku kości drużynie. Jego wzrok nagle zatrzymał się na jedynej dziewczynie w składzie.
-Szukająca! – zawołał. Ivy podniosłą głowę i spojrzała na niego pytająco – I tak nie masz wiele do roboty. Pójdziesz po Jamesa i Davida.
-Ale…- chciała się sprzeciwić, ale Matt jej przerwał.
-Migiem.
Ivy wpatrywała się w niego przez chwilę z niechęcią. Jednak kapitan  był nieustępliwy.
-Pośpiesz się! – usłyszała na odchodnym.
Ivy truchtem ruszyła w stronę zamku. Ciężko było się nie zachwiać na śliskim błocie. Po chwili mokra do suchej nitki znalazła się w zamku. Jej jasne włosy ociekały wodą i przyklejały się do twarzy. Wbiegając po schodach na siódme piętro wieży po raz setny przeklinała swojego kapitana.
Kiedy w końcu znalazła się w Pokoju Wspólnym, szybko skierowała się w stronę dormitoriów chłopców. Nigdy tutaj nie była, ale przypuszczała, że od razu rozpozna drzwi do pokoju Jamesa i Davida. Nie myliła się. 
Na drzwiach od ich sypialni widniał napis: „wchodzisz na własną odpowiedzialność”, a pod tym ich nazwiska i pozostałych współlokatorów.
Zapukała lekko. Nie doczekawszy się odpowiedzi postanowiła wejść bez zaproszenia.
Pokój nie różniłby się od innych niczym, gdyby nie potworny bałagan panujący w każdym najmniejszym zakamarku. Tworzyło to obraz totalnego chaosu, którym nawet ona  nie mogłaby się pochwalić. Rozejrzawszy się po pokoju w kłębach pościeli i ubrań odnalazła zgubę.
Podeszła do unoszącego się rytmicznie wybrzuszenia na łóżku.  Właśnie miała zerwać z niego okrycie, kiedy jej uwagę przykuło coś innego. Tuż pod nogami Ivy leżała torba szkolna, którą przypadkowo kopnęła, kiedy podchodziła do łóżka. Zatrzymała się z dłonią tuż nad kołdrą jednego z chłopaków i spojrzała w dół. Wydawało jej się, że spomiędzy podręczników wystaje coś lśniącego. Nigdy nie posunęłaby się do grzebania w czyichś rzeczach, bo zobaczyła jakieś świecidełko, ale teraz po prostu musiała zobaczyć co to jest. Niemalże jakby coś ja do tego popychało.
Zupełnie zapomniała o celu w jakim przyszła i schyliła się nad torbą. Delikatnie przesunęła szkolne rzeczy i dostrzegła pomiędzy nimi tą błyskotkę, którą tak bardzo chciała zobaczyć. Nie zastanawiając się już nad tym sięgnęła dłonią po złoty skrawek materiału. Jej źrenice rozszerzyły się. Jej serce zabiło mocniej, gdy opuszkami palców dotknęła jedwabistego pokrycia. Była chłodna jak każdy przedmiot, jednak, kiedy przesunęła palcami po zdobionych brzegach, miała wrażenie jakby powierzchnia zrobiła się odrobinę cieplejsza. Zdumiało ją to, jednak dziwne przeczucie utwierdziło ją w przekonaniu, że to właściwy ruch. Odgarnęła reszta rzeczy, a jej oczom powoli ukazały się szlachetne kamienie mieniące się żywymi barwami. Przejechała dłonią po drogocennej okładce…
Aż podskoczyła kiedy ktoś mocno złapał ją za nadgarstek i odciągnął jej rękę. Pozwoliło jej to wyrwać się z transu.
-Co robisz? – zapytał Gryfon, z mieszanką zaskoczenia i paniki. 
Jams leżał podparty o łokieć na łóżku,  na którym dopiero co spał. Drugą ręką przytrzymywał jej nadgarstek.  Ivy próbowała się wyrwać. Jednak, kiedy napotkała jego zszokowane spojrzenie znieruchomiała. Po raz pierwszy widziała go tak zdezorientowanego, jego pewność siebie zniknęła niczym bańka mydlana.
Potter nie puszczając jej podniósł się do pozycji siedzącej i jednym szybkim kopnięciem posłał torbę wraz z zawartością pod łóżko.  
Ponownie spojrzał w jej niebieskie oczy. Łatwo wyczytał z nich zdenerwowanie. Ramiona unosiły jej się od szybkiego oddechu. Ona również się w niego wpatrywała. James chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, że ciągle ją trzyma, Ivy raczej też już o tym nie myślała. Oboje wydawali się tak samo zszokowani tą sytuacją.
Drzwi od łazienki  się otworzyły. Obydwoje obrócili się w tym kierunku.
-Eee… chyba wam przeszkadzam… -mruknął zakłopotany David. Miał na sobie tylko ręcznik przewiązany w biodrach. Z ciemnobrązowych włosów skapywała mu woda.
Wymownie spojrzał na ich ręce. Ivy jak oparzona wyrwała rękę z uścisku. James zrobił zniesmaczona minę.
-To ja już sobie pójdę…
David przemknął szybko obok nich zabierając jakieś ciuchy z podłogi i zamknął się z powrotem w łazience.
-To ty ją ukradłeś! –krzyknęła Ivy, kiedy tylko drzwi się zatrzasnęły.
-To ty właśnie chciałaś to zrobić! – wykrzyknął brunet.
-Ja tylko chciałam odebrać swoją własność – oznajmiła wściekłym tonem.
-Twoją własność, tak?  - odparł jadowicie James – Leżała na korytarzu i jakoś nie widziałem żeby była podpisana.
-Wypadła mi z torby, a ty wykorzystałeś okazje i mi ją podstępnie zabrałeś!
-A to wielce daleko wysunięte podejrzenie…- powiedział i zaraz dodał – zresztą jakoś nie widziałem, żeby wypadło to z TWOJEJ torby, to leżało na posadce.
-Ale jest moje!
-Jak to udowodnisz? – zapytał i spojrzeli na siebie wściekle.
Ivy zastanowiła się chwilę, nie spuszczając z niego wzroku.
-Nie musze ci niczego udowadniać. Jest moja i tyle. – powiedziała stanowczo.
-Nie ma dowodów, nie ma zwrotu – odparł lekkim tonem i wzruszył ramionami.
-Dobrze, wiesz, że to nie należy do ciebie – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
-Ani do ciebie – burknął w odpowiedzi.
Nastała chwila milczenia, w które nieprzerwanie mierzyli się spojrzeniami. Oboje wiedzieli, że żadne z nich łatwo nie odpuści.
-Jeśli mi nie oddasz to… - zaczęła Ivy, jednak on jej przerwał.
-To co mi zrobisz? – zadrwił James.
Ivy błyskawicznym ruchem wyciągnęła różdżkę z kieszeni i zawołała: 
-Accio Torba!
Skórzana torba wyleciała spod łóżka i Ivy zręcznie złapała skórzany pasek w locie nim James zdążył ją uprzedzić.
-To. – odparła złośliwie, nie opuszczając różdżki. 
James szybko sięgnął do stolika nocnego po swoją różdżkę, jednak Ivy go wyprzedziła. Wypowiedziała zaklęcie, a różdżka Gryfona po chwili znalazła się w jej dłoni.
Gryfonka szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia, jednak James szybko do  niej doskoczył i zatrzasnął drzwi. 
-Nie tak prędko.-oświadczył. Dziewczyna zatrzymała się parę kroków od niego.
-Pozwól mi wyjść – powiedziała, kiedy James stanął przed drzwiami i zablokował jej wyjście z dormitorium. -Przesuń się!
-Nie. – odparł spokojnie nawet nie drgnąwszy. Ivy wycelowała w niego różdżką.
-Wiesz, że znam parę dobrych zaklęć – powiedziała, próbując ukryć emocje. 
James nie zareagował w żaden sposób, dalej stał w  tym samym miejscu z niewzruszona miną. Ivy zrobiła parę kroków w jego kierunku. Różdżką prawie dotykała jego koszulki.  Jednak dziewczyna nic nie zrobiła.
-No dalej. Śmiało. – zachęcił ją. Ivy przez chwilę milczała.
-Myślisz, że tego nie zrobię? – zapytała w końcu, jednak jej twarz zdradzała niepewność. dziewczyna przygryzła wargę. James podniósł brwi z powątpiewaniem.
-Myślę, że nie – odparł. Na jego twarzy zatańczył uśmiech.
Nagle obie różdżki wyszarpnęły jej się z dłoni. Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, a James jeszcze bardziej się uśmiechnął. Obróciła się. To David już w kompletnej garderobie, trzymał obie różdżki.
Szatyn rzucił jej krótkie spojrzenie i wzruszył ramionami. W tym samym momencie poczuła jak ktoś wyrwał jej torbę z dłoni. Była tak zaskoczona, że nawet nie zdążyła zareagować.
-Dziękuje – rzekł śpiewnie James i popchnął Ivy do wyjścia. Próbowała się opierać, ale on tylko otworzył drzwi i wypchnął ja na zewnątrz.
-A wiesz szkoda – zaczął z zadowolonym uśmiechem – bo chciałem zobaczyć te twoje… parę dobrych zaklęć…
Zanim zdążyła obrócić drzwi się zatrzasnęły. Chwilę zajęło zanim dotarło do niej co przed chwilą się wydarzyło.
-Otwieraj! – krzyknęła łomocąc w drzwi. Jednak nie dane jej było doczekać się żadnej reakcji.


                                                                              * * *

Wiemy, że rozdziały pojawiaja się dość rzadko i gubicie się w wątkach po takich dużych przerwach, więc jesli chcecie możemy pisać wam krótkie streszczenie poprzednich rozdziałów. Co wy na to? Piszcie w komentarzach.
Chyba  nikt nie cieszy się z końca wakacji, jednak życzymy wam by nowy rok szkolny był dla was pomyślny. Mamy nadzieję, że choć trochę osłodzi wam to ten ciężki okres.

Pozdrawiamy naszych kochanych czytelników.

poniedziałek, 2 lipca 2012

POWIADOMIENIE :(

Wybaczcie, że kolejne rozdziały nie pojawiały się już od 2 miesięcy no ale cóż brak nam weny i jakoś nie idzie nam to pisanie. Mam niestety dla was kolejne złe wieści bo Ginger moja współautorka wyjechała na wakacje, więc nie będzie jej przez około dwa tygodnie, ja także wyjeżdżam w tym tygodniu na cały miesiąc, więc kolejny rozdział nie pojawi się prędko. Mamy napisany kawałek kolejnej notki więc jeśli Ginger sama go do kończy to na pewno go wstawi na bloga. Nie myślcie, że blog został zawieszony, BO TAK NIE JEST, KOLEJNE NOTKI POJAWIĄ SIĘ NA PEWNO, jednak nie spodziewajcie się ich szybko, bo aktualnie nie mamy nawet jak ich wstawić, ze względu na nasze plany wakacyjne.
Jestem w podziwie waszej wytrwałości i, że w ogóle ktoś tu jeszcze zagląda, co nawiasem mówiąc bardzo mnie cieszy. Wybaczcie, że tak długo nic nie wstawiałyśmy, ja też jestem z tego powodu niepocieszona jak wy, ale nie tracie nadziei.
A no i udanych wakacji i dużo słonecznych dni i czego tam chcecie ;p
         
                                                                                                                        Z poważaniem Hope.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Rozdział XI - Nocą z Davidem…




-Nieprawda, nie kazałem im. 
Wszyscy raptownie obrócili się w kierunku źródła głosu. 
-Jeszcze ty! – wrzasnęła Lily w stronę brata, który opierał się nonszalancko o murek – Znowu przyszedłeś, żeby prawic mi morały?!
-A ty znowu włóczysz się gdzieś po nocach z tym...
-Nie masz prawa wtrącać się w moje życie! To ja decyduje o tym co robię, z kim i gdzie! - krzyknęła rozgniewana zaciskając dłonie w pięści.
-Właśnie, że mam prawo, jestem twoim bratem i powinienem cię pilnować!
-A więc możesz sobie odpuścić, bo jestem na tyle duża, że nie potrzebuję niańki – odparła jadowitym tonem, kładąc dłonie na biodrach w  gniewnym geście.  
-W porządku – odparł beznamiętnie, ale zaraz dodał ostrzej – pod warunkiem, że przestaniesz się zadawać z tym idiotą.
Malfoy już od chwili, gdy pojawili się w uliczce odsunął się niezauważalnie od Lily, a teraz zupełnie ją ignorując ruszył bez słowa w kierunku wąskiego wyjścia z alejki. Ruda patrzyła na niego szeroko otwartymi  ze zdumienia oczami.
Nagle James wysunął się do przodu i zagrodził drogę Ślizgonowi.
-Dokąd to Malfoy? – zapytał mrużąc orzechowe oczy – jeszcze z tobą nie skończyłem.
-Wal się, Potter – odparł cicho - ty i twoja siostrzyczka. 
James błyskawicznie rzucił się w kierunku Scorpiusa, który osłonił się rękami. Jednak zanim Gryfon oddał cios, ktoś chwycił go od tyłu za barki i mocno odciągnął od blondyna.
-Opanuj się – syknął David do szarpiącego się Jamesa.
-Puszczaj mnie! – krzyknął – Muszę mu przywalić!
-Nie...Uspokój się – powiedział przez zaciśnięte z wysiłku zęby.
Malfoy zachichotał i zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia z alejki. Po chwili zatrzymał się przy samym wylocie uliczki i powoli odwrócił się w stronę wciąż wyrywającego się Gryfona. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
-Wiesz co, Potter? Żałosny jesteś.
James poczerwieniał ze złości.
Niespodziewanie wtrąciła się Abigail do tej pory stojąca z Ivy poza polem konfliktu.
-Wynocha! – krzyknęła do Ślizgona wskazując palcem w stronę głównej ulicy.
-No już !– warknęła Ivy wyjmując różdżkę, kiedy Malfoy ciągle stał w tym samym miejscu. 
-Zmieniam zdanie – powiedział beznamiętnie, jedna kątem oka zerkając na wycelowaną w niego różdżkę – wy wszyscy jesteście żałosni – w tym momencie zerknął na oniemiałą Lily. Wszyscy zauważyli to chłodne spojrzenie, pod którym orzechowe oczy Lily wypełniły się łzami.
Po chwili posłał im jeszcze jeden złośliwy grymas i zniknął za rogiem.
-Kretyn.. – mruknęła Ivy.
Lily cicho łkając odwróciła się do nich plecami i zaczęła się szybko oddalać. Abigail zerknęła po wszystkich i ruszyła za zapłakaną dziewczyną. Przez chwilę panowała cisza. 
-Puścisz mnie wreszcie? – warknął James do Davida i wyszarpnął się z jego uścisku. Szatyn lekko się skrzywił, a następnie spojrzał w kierunku w którym pobiegła Abigail, jednak obydwie dziewczyny zniknęły już w ciemnościach. Powoli z powrotem odwrócił się w stronę pozostałej dwójki.
-Zabije go! – wykrzyknął nagle James i kopnął lezący na ziemi kamień. Odgłos potoczył się echem między kamiennymi ścianami.
Ivy obserwowała w milczeniu jego poczynania. Również była zła, ale nie chciała jeszcze bardziej pogarszać sytuacji. 
-Chodźmy – powiedział w końcu David.
-Idźcie beze mnie. – warknął brunet, zataczając kółka wokół placu. 
David zrezygnowany wywrócił oczami.
-Ja rozumiem, że to twoja siostra, ale zostając tutaj niczego nie wskórasz.
-Nie obchodzi mnie to – wycedził James nawet nie patrząc w ich stronę.
Minęło parę minut zanim którekolwiek z nich się odezwało.
-Chodź już –powiedziała Ivy – już dawno powinniśmy być w zamku. Jeszcze dadzą nam po szlabanie. 
-Ma rację – podchwycił David.
James zatrzymał się raptownie, jednak ciągle na nich nie patrzył.
-I tak już dziś nic z tym nie zrobisz– dodała rozsądnie Ivy. W ciemności widziała jego napiętą twarz. Czuła, że udało im się go przekonać. I nie myliła się.
-Niech wam będzie – burknął. Wcisnął ręce do kieszeni i bez słowa wyszedł z  alejki. David zerknął na Ivy  i wzruszył ramionami. Oboje ruszyli za chłopakiem.
Gdy szli już zupełnie pustą główną ulicą Ivy nagle sobie o czymś przypomniała.
-Zaczekajcie – powiedziała, a David odwrócił się do niej, jednak James szedł dalej.
-Nie obchodzi mnie o czym sobie przypomniałaś! – wykrzyknął – Narazie!
Ivy ściągnęła brwi.
-Co za bachor – mruknęła, patrząc na jego oddalającą się sylwetkę.
-Nie przejmuj się. Przejdzie mu. Co ci się przypomniało?
-Co z Lily i Abigail? Przecież nie możemy ich tak zostawić.
Davd lekko zmarszczył brwi.
-Na pewno wróciły już do zamku, nie przejmuj się.
-No nie wiem...
-Będzie dobrze – powiedział pewnym tonem. Ivy zerknęła w kierunku miejsca, w którym się z nimi rozstali. Okolice spowijał nieprzenikniony mrok. 
-Mam nadzieję – odparła, jednak nie była do końca przekonana.


  *** 
Drzwi do sali wejściowej zaskrzypiały przeraźliwie gdy na nie naparli.
-Właź – szepnął David.
-A co Woźnym? – zapytała Ivy cicho przytrzymując otwarte odrzwia dłonią.
David tylko uśmiechnął się lekko i wepchnął ją do środka, by samemu po chwili stanąć w pustym holu i zamknąć za sobą ciężkie wrota.
-Ale...
-Ciiii....
 David  przycisnął palec do ust i rozejrzał się bacznie po nie oświetlonym pomieszczeniu.
-Dobra...Idziemy – szepnął i poszedł szybkim acz cichym krokiem przed siebie. Ivy chyłkiem ruszyła za nim.
Nagle szatyn skręcił za jakiś posąg i zniknął z jej pola widzenia. Blondynka przebiegła wzrokiem po ciemnym korytarzu.
-David? – szepnęła – Gdzie jesteś?
Poczuła się niepewnie będąc sama w tym wszechogarniającym mroku, a zresztą nie chciała spotkać się z szkolnym woźnym. Już miała zacząć iść bez Davida, gdyż pomyślała, że po prostu zostawił ją samą, gdy nagle usłyszała jego głos dochodzący tuż zza posągu.
-Na co czekasz? Chodź tutaj.
Ivy mile zaskoczona, wykonała polecenie. Teraz już zupełnie nic nie widziała.
-Lumos – ponownie usłyszała jego głos. Był bardzo blisko.
Gdy rozbłysło światło zauważyła, ze znajdują się w wąskim kamiennym korytarzu. Nigdy wcześniej tutaj nie była.
-Co to za miejsce?
-To skrót – powiedział i zaczął iść w kierunku gdzie korytarz skręcał.
-Skrót do czego? – spytała usiłując dotrzymać mu kroku.
-Do naszej wieży – wyjaśnił.
Jej oczom ukazały się schody, które zajmowały cała szerokość korytarza. David wszedł na nie pewnym krokiem.
-Nigdy tutaj nie byłam.
- Bo to tajne przejście.
-A dużo osób o nim wie?
-Chyba tylko ja i James. A teraz jeszcze ty – rzekł – ale nie mów o tym innym. Bo inaczej przestanie być tajne – dodał z uśmiechem.
Ivy niewiele myśląc weszła za nim po kamiennych stopniach.. Jedynym źródłem światła była różdżka Gryfona.
Po paru minutach dotarli na sam szczyt. Schody kończyły się najmniejszymi drzwiami jakie Ivy kiedykolwiek widziała. Kiedy David stanął przed nimi sięgały mu zaledwie do połowy uda. Gryfon schylił się i pociągnął za metalowe kółko. Drzwi lekko się uchyliły.
-Tylko uważaj jak będziesz schodzić – szepnął i wyszczerzył się do niej, a następnie szarpnął za uchwyt. Przez mały utwór Ivy rozpoznała rzadko odwiedzany korytarz prowadzący do nieużywanych sal sprzed bitwy. Uczniowie rzadko się tutaj zapuszczali. Nawet duchy niezbyt często odwiedzały to miejsce.
David  klęknął i włożył głowę do otworu.
-Droga wolna – powiedział i wyskoczył. Jego postać zniknęła z jej pola widzenia i sekundę później usłyszała  tupniecie o posadzkę.
Ivy wystawiła głowę przez przejście i zerknęła w dół .
David właśnie otrzepywał szatę z kurzu po zetknięciu z posadzką.
-Skacz – szepnął zachęcająco.
 Ivy oceniła wysokość na jakieś pięć stóp.
-A może mam ci pomóc? – spytał z uśmiechem.
-Myślę, że jednak sobie jakoś poradzę sobie – odparła tym samym żartobliwym tonem.
Kiedy Ivy zeskoczyła na ziemię David zamknął za nią drzwiczki. Gdy obróciła się okazało się, że z tej strony to mały obraz przedstawiający  martwą naturę.
-Fajne przejście – stwierdziła.
-A tak...znaleźliśmy je na takiej mapie...
-Na jakiej mapie pokazane są tajemne przejścia? – spytała zaciekawiona.
-A na takiej....W każdym razie nie mojej – powiedział i znowu się wyszczerzył  – Nie stójmy tu jak jakieś kołki. Chodź.
Ivy i David ruszyli dosyć wąskim korytarzem do nowej części zamku odnowionej po bitwie. Było słychać tylko ich ciche kroki
Ivy czuła się nieco niezręcznie. Temat Quidditcha został wyczerpany do cna. Ponownie uświadomiła sobie, że nic ich nie łączy poza treningami i pasja do gry.
Do meczu ze Ślizgonami zostały niecałe dwa tygodnie, mimo, że  na boisku widywali się prawie codziennie zawsze rozmawiali tylko o szkole i Quidditchu. Pomimo, ze on i James chodzili z nią do jednej klasy już szósty rok to znała ich tylko bardzo powierzchowne. A o ile można było powiedzieć, że Davida całkiem lubiła, to z Jamesem bez przerwy wchodziła w spory. Na każdym polu mieli inne zdanie i oboje nie potrafili zaakceptować swoich  odmiennych poglądów. Jedyną cechą wspólną jaką posiadali był ośli upór. 
Ivy gorączkowo szukała w myślach jakiegoś tematu do rozpoczęcia rozmowy. Ta cisza stawała się coraz bardziej niekomfortowa.
Nagle przypomniała sobie sytuacje w barze, gdy Abigail za wszelką cenę unikała tematu treningu. Postanowiła Davida o to teraz zapytać, by przerwać krepujące milczenie,  a przy okazji zaspokoić swoją ciekawość.
-A...A właściwie to o co chodziło Abigail dzisiaj w barze? No wiesz z tym treningiem?
-Aaa to...-David zaśmiał się na samo wspomnienie – no cóż....-zaczął wciąż się uśmiechając – powiedzmy, że zaskoczyła nas swoją obecnością po treningu...
-A dlaczego nie chciała o tym mówić?
Chwilę milczał zastanawiając się nad odpowiedzią.
-No dobra powiem ci – oznajmił w końcu najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać – tylko nie mów, że ci powiedziałem.
-Jasne, nie ma sprawy – odparła szybko. Zżerała ją ciekawość - To o co chodziło?
-Spotkaliśmy ją po treningu, a dokładniej....w naszej szatni.
Ivy spojrzała na niego nie ukrywając zdumienia.
-Jak to? Czego ona niby tam szukała?
David wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
-Nie trudno się domyślić.
-Chyba żartujesz...
David tylko wzruszył ramionami.
-No...nieźle..- mruknęła Ivy i z niedowierzającym uśmiechem pokręciła głową. 
Nagle zatrzymali się raptownie, słysząc szybkie i ciche kroki z naprzeciwka.
-Woźny – szepnęła Ivy i oboje ruszyli prędko w przeciwnym kierunku starając się robić przy tym jak najmniej hałasu.
Po chwili z powrotem znaleźli się w starej części zamku. Kroki stawały się coraz głośniejsze, jednak David nagle się zatrzymał.
-Poczekaj...to nie woźny – powiedział, niespodziewanie, wbijając wzrok w ciemność.
Ivy poczuła jak serce podchodzi jej do gardła, jednak spróbowała tego nie okazywać i wsłuchała się się w dźwięki. Były szybkie i delikatne. Z pewnością nie należały do ciężkich buciorów woźnego.
Oddech Davida przyśpieszył lekko. Ivy zupełnie skamieniała. Kroki rozbrzmiewały coraz bliżej i odbijały się echem od nagich ścian. Brak jakiegokolwiek światła uniemożliwiał im dostrzeżenie postaci kryjącej się w mroku i prędko zmierzającej w ich stronę. Z każdą sekundą odczuwali coraz większe napięcie. Jednak kiedy zdawało im się, że postać zaraz pojawi się w zasięgu ich wzroku kroki nagle ucichły. David i Ivy wstrzymali oddech.
Niepewność stawała się nie do zniesienia. Oboje oczekiwali w napięciu, na to co zaraz się wydarzy..
Niespodziewanie usłyszeli cichutki szept w pobliżu i nagle korytarz rozświetliła mdła poświata.




***
Wybaczcie, że tyle nam to zajęło, ale po prostu gdy wreszcie weźmiemy się za pisanie wychodzi nam raczej parodia niż normalny rozdział. Zbyt dobrze się przy tym bawimy ;)
Pozdrawiamy wszystkich czytelników i mamy nadzieję, że rozdział się podobał.

piątek, 3 lutego 2012

Rozdział X - Ślizgon i Gryfonka

Kiedy pchnęła drewniane drzwi baru zimny wiatr owionął jej twarz. Jednak była tak wzburzona, że nawet nie zwróciła uwagi na panujący chłód. Wcisnęła dłonie głęboko do kieszeni i ruszyła prosto przed siebie wbijając ze złością wzrok w czubki swoich butów.
Na brukowanych uliczkach było prawie pusto – słońce zapadało się w horyzont.
Kolorowe liście okrywały drogę, co chwila z cichym szumem wzbijając się w powietrze. Lekko wirując omotały bruk i wolno opadały na ziemię.
Właśnie to Ivy najbardziej lubiła jesienią. Barwne liście przykrywające trawniki i lekkie słońce przebijające się przez grube warstwy chmur. Jednak teraz nawet nie zwróciła na to uwagi. Była zbyt zirytowana.
Nie chciała dłużej siedzieć w Trzech Miotłach i wysłuchiwać jak Abigail próbuję umówić ją z jakimś Puchonem od siedmiu boleści, ani głupich komentarzy ze strony Jamesa i Davida.
Nie znosiła bali, ani tego typu przyjęć, na których wszystkie dziewczęta wyglądem starają zwrócić na siebie jak największa uwagę. Ivy nie mogła zrozumieć dlaczego męczą się w niewygodnych sukniach i wysokich butach, tylko aby przykuć uwagę takiego bezmózga jak na przykład James. 
Zdenerwowała ją też reakcja Abigail kiedy powiedziała, że nie idzie na bal - zdziwiło ją to co najmniej tak jakby zobaczyła  kosmitę. Wiele osób tam się nie wybierało, więc nie było to niczym nienormalnym. A poza tym zgodziła się na pójście z nią do baru, mogła nie okazywać swojej „wdzięczności” w ten sposób. 
Chciała przestać o tym myśleć, ale jakaś mała jej cząstka chciał znać powód dla którego Abigail w ogóle ją o to poprosiła. Przecież na pewno nie ze względów towarzyskich.
Niespodziewanie ktoś mocno szturchnął ją w ramie. To wyrwało ją z zamyślenia i podniosła głowę.
-Przepraszam.-usłyszała niedbałe mruknięcie za sobą. Automatycznie odwróciła się w stronę głosu. Jednak nie zwróciła uwagi na nieznajomego przechodnia, który ją potrącił, tylko na kogoś kto prędko przepychał się przez tłum by po chwili skręcić w boczną uliczkę. Bez namysłu ruszyła za nim. . To była jej szansa,  by odzyskać księgę. Byłą nawet skłonna użyć siły.                                                                                                                                          
Kiedy wreszcie dotarła do pustej alejki,  zobaczyła skrawek długiego czarnego płaszcza znikającego za rogiem. Pognała w tamtym kierunku, w miarę możliwości starając się cicho stawać kroki.



Zatrzymała się, i wstrzymała oddech. Oparła dłonie na zimnym murze i lekko wychyliła się zza ściany.
To co ujrzała zupełnie zbiło ja z tropu.
Tak jak oczekiwała zobaczyła Malfoya, jednak cel jego wędrówki bardzo ją zaskoczył. Prędzej spodziewałaby się zobaczyć go w jakimś szemranym towarzystwie kupującego nielegalne eliksiry, niż obejmującego się czule z rudowłosą dziewczyną w zupełnie odludnym miejscu. Najpierw, Ivy miała zamiar zmusić go do oddania jej księgi, jednak teraz definitywnie postanowiła jak najszybciej stąd odejść.
Nie zdążyła się nawet ruszyć, gdyż w tym momencie Lily ją zauważyła. W jej orzechowych oczach momentalnie pojawiła się złość. Ślizgon czując, że coś jest nie tak, przestał przytulać  dziewczynę i odwrócił się.  Ivy skamieniała.
-Czemu tu stoisz? – zapytała  podnosząc brwi, a zaraz dodała – a w ogóle kim jesteś?
-Ja...eee....- odezwała się Ivy, jąkając się z zażenowania.
-A ja wiem kto to – wtrącił się Malfoy z szyderczym uśmiechem – to ta niedorajda z waszej drużyny. Wasza przecudowna szukająca. – dodał głosem przesyconym sarkazmem.
Przez chwilę panowała napięta cisza.
-Zaraz...-powiedziała w zamyśleniu Lily, a potem niespodziewanie  podniosła głos– Już wszystko rozumiem! Jak wspaniale! Świetnie to przemyśleliście! Naprawdę on myśli, że jestem jakąś durną idiotką?!
Ivy wyglądała na tak samo zdezorientowaną, co Scorpius, który lekko nachylił się w stronę Lily.
-O kim mówisz? – mruknął w jej kierunku, jednak Ivy to dosłyszała.
-A jak myślisz, idioto?! – warknęła –  mówię o moim kochanym braciszku, który jak zwykle wtrąca nos w nie swoje sprawy!
-Ale, co on ma z  tym wspólnego? – zapytała impulsywnie Ivy, jednak od razu pożałowała.
-Jeszcze głupio się pytasz -  powiedziała robiąc parę kroków w jej kierunku – Jak można być tak bezczelnym? Najpierw tu przychodzisz, a potem udajesz  idiotkę. W sumie skoro się z nim zadajesz to musisz nią być...
- To chyba ty jesteś niespełna rozumu skoro zadajesz się ze Ślizgonem. A i tak nie wiem o czym mówisz. Wcale się  z twoim bratem nie zadaje.- odparła bardziej pewnym siebie tonem.
- Nawet nie próbuj kłamać, wiem, ze ci kazał.
-Co takiego?
-Wiem, ze wynajął cię żebyś nas śledziła!
Ivy wybuchnęła śmiechem, a Lily zacisnęła pięści ze złości.
-Naprawdę jeszcze nie straciłam rozumu, żeby usługiwać Jamesowi.
-A więc czemu tu jesteś?
-Chciałam...-zaczęła, lecz głos ponownie uwiązł jej w gardle. Nie chciała by kolejna osoba wiedziała o książce. „A jeśli Malfoy jej powiedział?” – pomyślała i  nabierając powietrza w płuca zaczęła jeszcze raz. - Nie śledziłam was...                                                                  

                                                                       ***

Zimny wiatr był bezlitosny dla włosów Abigail, szarpiąc nimi w różne strony. Jednak nie przeszkadzało jej to, a wręcz przeciwnie lubiła taką pogodę. Lubiła, gdy wszystko powoli obumierało chcą uchronić się przed nadchodzącym mrozem i zimą. Wtedy wszędzie panował spokój i wszechogarniająca cisza, to było cudowne i tak piękne, że trudno było jej to opisać to słowami.  A poza tym padał śnieg.
Abigail szła niewydeptaną uliczką, w którą wcześniej widziała jak skręca Ivy, czuła się winna tak szybkiego opuszczenia baru przez blondynkę. Miała nadzieję, że uda jej się ją przeprosić i jakoś udobruchać.
Nie powinna nawet zaczyna tematu balu. Było oczywiste, że Ivy nie lubi tego typy imprez, bo gdyby było inaczej, byłaby na zeszłorocznych balach. Naprawdę ją lubiła, ale nie była pewna czy Gryfonka to odwzajemnia. Choć odpowiedź była oczywista, Ivy raczej za nią nie przepadała. A może ona nikogo nie lubiła?
Jednak to nie był jej jedyny cel.
Okropnie ciekawiło ją dlaczego Ivy włóczy się po obrzeżach wioski. To było trochę dziwne. Nawet bardzo, zważając na to, że już zaczynało się ściemniać i powinni wracać do zamku. A Ivy nigdy nie łamała regulaminu. A przynajmniej tak wydawalo się Abigail.
Na końcu uliczki Ruda wyraźnie dostrzegała postać Ivy. Przyspieszyła chcąc jak najszybciej ją dogonić. Chwilę później Puchonka zdała sobie sprawę, iż dziewczyna z kimś rozmawia, widząc jak ta porusza ustami, lecz była zbyt daleko by cokolwiek usłyszeć. W Abigail wzbierała ciekawość, chciała się dowiedzieć kto stoi za budynkiem i z kim rozmawia dziewczyna. Ivy była zbyt pochłonięta konwersacją by zwrócić uwagę na cokolwiek wokół niej. Wyglądała na wzburzoną.
-A więc czemu tu jesteś?
„Czyżby to...?”
-Chciałam... Nie śledziłam was - mówiła niepewnie Ivy, a jej policzki stały się jeszcze bardziej czerwone. Abigail chciała coś powiedzieć, ale nie chciała przerywać im tej ciekawej rozmowy. W końcu postanowiła podejść i się przywitać.
-Śledzisz nas! - usłyszała poirytowany dziewczęcy głos, znała go ale nie mogła skojarzyć skąd....Abigail w tym momencie uznała, że trzeba pomóc Ivy wnioskując z jej zachowania, że ma jakieś  kłopoty.
Zrobiła kilka śmiałych kroków do przodu wychodząc zza kamiennej ściany budynku. Kiedy zobaczyła rozmówców dziewczyny poczuła się lekko zawiedziona. Spodziewała się czegoś bardziej interesującego. Mimo wszystko szła dalej. W momencie gdy cała trójka zauważyła jej obecność, poślizgnęła się na błocie i wyładowała w tej okropnej ciemnej mokrej breji. Całą trójka  nagle zamilkła.
-Em...Cześć! – zawołała starając się ukryć lekkie zawstydzenie i szybko podniosła się z ziemi. Abigail spojrzała w dół i oceniła swój stan. Kiepsko. Nawet gorzej. Strzepnęła mocno rękę, by pozbyć się z niej chociaż trochę błota.
Abigail spojrzała na osobę z którą Gryfonka rozmawiała. Było to siostra Jamesa, Lily Potter, która teraz obdarzyła je morderczym spojrzeniem. Obok stał Scorpius. Zerknęła na niego. W sumie to już wiedziała dlaczego Lily-Gryfonka, umówiła się ze Scorpiusem-Ślizgonem - był wyjątkowo ładny.
-No proszę...-wycedziła Lily, jednak po chwili dodała jakby coś sobie uświadamiając -pewnie mój brat obie was nasłał, co?-warknęła a w jej brązowych oczach iskrzyła się złość. Nim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, ktoś im przerwał
-Nie prawda, nie kazałem im...



~*~
Wybaczcie, że ta długo, mamy nawał zajęć w szkole, ale niedługo ferie, więc będzie trochę czasu by coś napisać.
Mamy nadzieję, że rozdział się podobał. Tak, wiemy, że jest okropnie krótki, ale póki co musi wam wystarczyć.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Rozdział IX - „Ten” temat

 Przepraszamy, że tak długo musieliście czekać.

                                                                                ~*~

Tego dnia pogoda była wyjątkowo nieprzyjemna. Mimo, że już nie padało, zimny wiatr skutecznie zniechęcał do wyjścia z zamku. Jednak znaleźli się odważni, którzy postanowili wykorzystać sobotnie popołudnie na wyjście do Hogsmeade.
Abigail nerwowo przestępowała z nogi na nogę w oczekiwaniu na Jamesa, co prawda nie była pewna czy zaproszenie wciąż jest aktualne, ale niekulturalnie byłoby się nie pojawić. Było jej tak wstyd za to, co wczoraj się stało, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie poniżyła. Zawsze dbała, by wszyscy o niej dobrze myśleli, a tu taka gafa. Tak bardzo chciała, żeby James w końcu się do niej przekonał. 
A teraz nawet nie chciała wiedzieć, co o niej myśli.
Niespokojnie rozejrzała się po Sali wejściowej, w której kręciło się już sporo osób. W tłumie dostrzegła Danielle Carter – przyjaciółkę z pokoju.. Natychmiast się ożywiła i do niej podbiegła.
-Hej, Danielle!
-Cześć! – przywitała się dziewczyna i uśmiechnęła się przyjaźnie – Tez wybierasz się do Hogsmeade?
-No...I pomyślałam sobie, że może wybrałabyś się ze mną do Trzech Mioteł?
-Myślałam, że idziesz z Jamesem? Nie cieszysz się, że w końcu cię zaprosił? – dodała ze zdziwioną miną.
-Cieszę się – odparła bez entuzjazmu – ale nie chce iść sama, bo idzie też z nami David, więc byłoby mi raźniej....
-No, no Abigail, nie spodziewałam się tego po tobie! – brunetka zaśmiała się głośno i poklepała ją po ramieniu – Dwóch chłopaków, gratuluje!
-To jak pójdziesz ze mną? – spytała Abigail z szerokim uśmiechem.
-Nie mogę.
-Dlaczego? – spytała ruda wyraźnie zawiedziona.
-Umówiłam się już z Christianem –„No tak. Już ma z kim iść”, pomyślała nie okazując swojego niezadowolenia. 
-Baw się dobrze – powiedziała Abigail na odchodnym i obserwowała jak Danielle podbiega do swojego chłopaka i czule się z nim wita. Wiedziała, że jeśli pójdzie tam sama to sytuacja stanie się bardzo krępująca. No przynajmniej dla niej, a za wszelką cenę chciała tego uniknąć.  Miała nadzieję, że jeśli będzie ktoś jeszcze to nie wspomną nic o tamtym incydencie w szatni.
Abigail westchnęła i zerknęła na zegarek. Spóźniali się, już trzy minuty! Może wcale nie zamierzają przyjść? Ta myśl przyniosła jej pewną ulgę, jednak postanowiła, że zaczeka jeszcze parę minut.
Z każdą  chwilą była coraz bardziej zestresowana. Przyłapała się na tym, że ze zdenerwowania zaczęła obgryzać pomalowane lakierem paznokcie. Schowała dłonie do kieszeni beżowego trenczu. Nagle dostrzegła Ivy Hunter. Bez zastanowienie rzuciła się w jej stronę.
-Ivy, zaczekaj! – zawołała za blondynką.
Dziewczyna odwróciła i rzuciła jej zdziwione spojrzenie.
-Czego chcesz? – spytała nieufnie. Ruda była zbyt zdesperowana, by przejąć się tak chłodną reakcją.
-Pójdziemy razem do Trzech Mioteł? – spytała uśmiechając się podnosząc brwi.
Ivy zmierzyła ją spojrzeniem. Gryfonka była ubrana w cienką kurtkę z kapturem i jeansy.
-To jak pójdziesz?
Ivy zmarszczyła brwi, najwyraźniej nad czymś się zastanawiając.
-Czemu prosisz o to akurat mnie?
-Bo...idziesz sama. A wiadomo, że w grupie raźniej! – palnęła  bez zastanowienia wesołym tonem.
-A skąd wiesz, że idę sama?
-A idziesz z kimś?
-Nie, ale...
 -No widzisz!
-Może idę sama, bo nie chce iść z kimś.
Abigail nieco zbiło to z tropu. Sala Wejściowa była już prawie pusta.
-Idziesz sama? – spytała niespodziewanie Ivy postanawiając zdobyć się na trochę uprzejmości Właściwie było to zdanie twierdzące, wypowiedziane nieco zdziwionym tonem.
Nagle Abigail usłyszała jak ktoś za nią się zatrzymuje. Ivy zmroziła wzrokiem osobę stojącą za jej plecami.
-To co idziemy?
Puchonka odwróciła się w kierunku źródła głosu. Jej oczom ukazał się James, tuż obok stał David opleciony masą kolorowych szalików. Spod warstwy wełny wystawał również szalik, w którym Gryfoni przychodzili na mecze.Poczuła jak robi jej się gorąco w okolicy klatki piersiowej, jednak przybrała spokojną minę i spojrzała na Davida - to było znacznie prostsze niż wytrzymanie wzroku Jamesa.
-Tak ci zimno? – spytała Ruda spuszczając wzrok na jego dłonie ubrane w grube rękawiczki.
-A tobie nie? – spytał z lekkim szokiem spoglądając na ich cienkie ubranie – może chcesz jeden szalik?
James wywrócił oczami i odwrócił nieco od reszty, ale Ivy wydawało się to urocze.
-Nie dziękuje. – odparła Puchonka z uśmiechem - Zaprosiłam też Ivy, mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza.
Blondynka rzuciła jej gniewne spojrzenie, a następnie przeniosła wzrok na chłopaków. Już otworzyła usta by wyrazić sprzeciw, jednak powstrzymał ją przed tym bardzo cichy szept Abigail:
-Chodź ze mną. Proszę.
Jej głos brzmiał naprawdę desperacko. Ivy była ciekawa, w co takiego się wpakowała, że tak bardzo jej na tym zależy, przypuszczała, że to nie z chęci spędzenia z nią czasu. Jednak postanowiła jej pomóc, nawet jeśli miało to oznaczać dodatkowe minuty spędzone z chłopakami z drużyny. Zastanawiała się tylko jaki jest tego cel.
-To, co będziemy tutaj tak sterczeć? Chodźmy. –rzekła Ivy i poszła przodem. Reszta ruszyła za nią. Abigail zrównała się z Gryfonką.
-Dzięki – szepnęła omal nie poruszając ustami.
-Czy powinnam spytać dlaczego? – zapytała nawet nie patrząc w jej stronę. James i David szli tuż za nimi i zapewne zastanawiali się nad całą ta sprawą.
-Nie. – odparła z uśmiechem. Ivy rzuciła je krótkie spojrzenie – miała rozmarzony wyraz twarzy.
-Masz rację, wolę nie wiedzieć – odpowiedziała wkładając ręce do kieszeni. 
-Jak wam idzie nauka? – spytała Abigail odwracając się do tyłu.
-Pewnie to samo, co u was – rzekł David jak gdyby nigdy nic – nie nadążamy z odrabianiem pracy domowej.
-Nadążalibyśmy gdybyśmy nie mieli  tyle treningów.- poprawiła go Ivy.
James zakrztusił się nagle, Ivy zerknęła na niego kątem oka. Zasłaniał usta dłonią, jednak zauważyła, że ukrywa uśmiech. Zmarszczyła brwi – to wszystko było bardzo podejrzane. 
-A jedziecie do domu na święta? – Abigail szybko zmieniła temat – Ja chyba tak, chociaż równie dobrze mogłabym zostać.
Jak na jej gust, Abigail zbyt nagle zmieniła temat.
-Ja zostaje – powiedział David
-A czemu? – spytała ciekawsko.
-A tak jakoś....
Nim Abigail zdążyła zadać więcej pytań, James wtrącił się do rozmowy.
-W tym roku, ja też zostaje. Mam dość świąt z moją porąbaną rodzinką. A ty, Ivy? – zagadnął do milczącej dziewczyny.
-Ja pewnie, pojadę do domu, zobaczymy.
Abigail była szczęśliwa, że udało jej się uniknąć „tego” tematu. Do końca drogi luźno gawędzili.
Atmosfera była coraz luźniejsza, jednak z ulgą weszli do ciepłego baru. Jak zwykle było tłoczno, lecz bez problemu znaleźli wolny stolik. Mimo zwykłego hałasu, co chwilę ktoś witał się z Jamesem lub Davidem. Po drodze spotkali Josha i Lucy, którzy wylewnie przywitali się z Abigail. Ivy czuła się dziwnie – nie była przyzwyczajona do przebywania w tak popularnym towarzystwie. W czwórkę  usiedli przy stoliku tuż przy barze.
Po chwili podeszła do nich młoda  kelnerka z burzą ciemnych loków.
-Poprosimy cztery piwa kremowe – powiedział David, a kelnerka uśmiechnęła się do niego zalotnie. Cała czwórka wręczyła należną zapłatę, a kobieta wróciła się do baru by spełnić ich zamówienie. Szatyn zdjął rękawiczki i zaczął rozwijać kolejne warstwy szalików.
-Wiecie, kiedy następny trening? – spytała Ivy, zdejmując bluzę i wieszając ja na oparciu.
Abigail nagle wyprostowała się niczym struna i zaczęła nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu.



 -Strasznie długo nie ma tej kelnerki – stwierdziła podnosząc się z miejsca – Chyba pójdę to sprawdzić...
Ivy zmarszczyła brwi i odprowadziła ją wzrokiem. Jej zachowanie wydawało się co najmniej dziwne. Była pewna, że musiało się coś wydarzyć podczas ćwiczeń. Postanowiła wykorzystać nieobecność Abigail, by zaspokoić swoja ciekawość.
-Czemu ona się tak dziwnie zachowuje? – spytała cicho, wskazując oczami na Abigail i nachylając się w ich kierunku.
-Sama ją o to zapytaj – odparł James, odchylając się do tyłu na krześle. 
-Ale ona mi nie powie! Unika tego tematu jak ognia. – odparła Ivy również robiąc to samo co James.
-Bo zapewne nie jest z tego dumna. – odpowiedział Gryfon, składając ręce na brzuchu i przechylając się jeszcze bardziej.
-To czemu ty nie chcesz mi tego powiedzieć? Miałeś w tym aż tak duży udział ?– spytała wpatrując sie w jego twarz. Zżerała ją ciekawość. W tej chwili kelnerka położyła na ich stoliku cztery pełne kufle.
-Ty też byś nie chciała, żeby wszyscy gadali za twoimi plecami o tym, co robiłaś. – wtrącił się David biorąc swój kubek.
-A wy niby dochowujecie jej tajemnic? – prychnęła, choć wiedziała że nic nie wskóra, a zaraz dodała -  Swoich nawet nie potraficie dochować.
W tym momencie do stolika z powrotem dosiadła się Abigail.
-Byłam jeszcze w toalecie. – wytłumaczyła Ruda sięgając po ostatnie piwo.-O czym gadaliście? – spytała upijając łyk napoju.
-No powiedz Ivy – zachęcił ją James, uśmiechając się złośliwie. Ivy zmroziła go krótkim spojrzeniem, jednak chłopak zupełnie się tym nie przejął i wrócił do popijania rozgrzewającego trunku. Abigail spojrzała na nią pytająco.
-A co zapomniałeś jak się mówi? – spytała Ivy  spokojnie i nawet na niego nie patrząc napiła się piwa.
-Masz wąsy z piwa – poinformował ją James, a Ivy zmieszana energicznie przesunęła dłonią nad ustami.
-A co to jakaś tajemnica? –kontynuowała temat Abigail żartobliwym tonem, jednak po chwili zdała sobie sprawę na jaki temat rozmawiali. Jej mina diametralnie się zmieniła – Co jej nagadaliście?
-Nic. – powiedział David, Abigail zerknęła na niego niepewnie. Jednak najwyraźniej nie chciała ryzykować, bo ponownie uśmiechnęła się pogodnie i podjęła nowy temat.
-Zaprosiliście już kogoś na bal?
To pytanie kierowała głównie do chłopaków, jednak to Ivy jako pierwsza zareagowała.
-Przecież jeszcze miesiąc do balu!  – wykrztusiła gdyż po usłyszeniu pytania zachłysnęła się kremowym piwem.
-Potem nikt fajny już nie zostaje. –stwierdziła Abigail krążąc czubkiem palca po brzegu kufla – A poza tym w sklepach nie ma już fajnych sukienek.
-Ten cały bal, to głupota. Tylko marnowanie pieniędzy. –wypaliła  Ivy przytykając kufel  do ust.
-To ty nie idziesz? – zdziwiła się Abigail, a  Ivy rzuciła jej krótkie spojrzenie.
-Oczywiście, że nie – odparła – Po co mam tracić czas na takie głupoty?
James stukał palcami o drewniany blat, a David położył głowę na stoliku i wpatrywał się w zawartość swojego kufla. Ivy zdawała sobie sprawę, że słyszą każde jej słowo i nie czuła się z tym zbyt dobrze. A w dodatku nie lubiła tematu, który poruszyła Abigail. Nie interesowały ją tańce ani sukienki.
-Jeśli nie masz  z kim iść to mam dużo kolegów, którzy na pewno będą chętni.- zaoferowała uprzejmie Abigail.
James i David parsknęli śmiechem nagle się ożywiając.  Ivy była wyraźnie wzburzona.
-Nie idę, dlatego, że nie mam partnera – wycedziła czując jak zaczynają palić ją policzki– tylko dlatego, że nie mam w zwyczaju chodzić na przyjęcia dla idiotów.
-Czy ty w ogóle uczestniczysz w życiu towarzyskim szkoły? – spytała Ruda obserwując jej reakcje.
-Lepszym pytaniem byłoby czy w ogóle je ma – wtrącił James zanim Gryfonka zdążyła odpowiedzieć
Ivy rzuciła mu mordercza spojrzenie.
-Mam lepsze zajęcia. 
-To co robisz  w wolnym czasie? – zapytał David patrząc na nią przez pusty już kufel. Dziewczyna z zakłopotaniem potarła ramię.
 -No nie wiem...Czytam książki? A co za różnica. Porozmawiajmy o czymś innym...
-O wiesz co? – Abigail nagle ożywiła się i klasnęła dłonie – Znasz Luke’a Browna? Jest suuuper przystojny i nie ma jeszcze pary! – a po chwili dodała – I Chyba jesteś w jego typie!
-Co takiego? – Ivy była skonsternowana myślą, że może być „w czyimś typie”, ale zaraz dorzuciła nieco ostrzej - Czy do ciebie nie dociera, że nie lubię takich imprez? Nigdzie się nie wybieram –oznajmiła, a zaraz potem  wstała z miejsca – Wiecie, co muszę iść kupić nowe pióro.
Abigail uświadomiła sobie, że teraz zostanie sam na sam z Jamesem i Davidem. Nie mogła do tego dopuścić.
-Zostań no...Nie obrażaj się tak. – Odezwała się Abigail jakby było jej obojętne,.
-Ja się wcale nie obrażam! – fuknęła Ivy.
-Zostań jeszcze - poprosiła. Ivy wyraźnie niechętnie usiadła z powrotem. 
Abigail odetchnęła z ulgą. James patrzył na nią przez chwilę, ale po chwili znowu przechylił się na krześle i wpatrzył się w pokryty grubymi drewnianymi belkami sufit.
- No – mruknęła zadowolona, a po chwili dodała głośniej – A wy z kim chcecie iść? A może już kogoś macie?
-A po co pytasz? – spytał David odwracając się do Abigail,
-Z ciekawości.
-Po prostu myślałem, że może chcesz mnie zaprosić – zażartował szatyn uśmiechając się do dziewczyn.
Abigail zaśmiała się opierając łokcie na stoliku i wpatrzyła się w szmaragdowe oczy swojego rozmówcy. O tak. Znacznie łatwiej było jej patrzeć w ta piękną zieleń niż spojrzeć na Jamesa. Ciągle miała ochotę zapaść się pod ziemie na samą myśl o incydencie w szatni.
-Czyli mam rozumieć, że jeszcze nikogo nie macie?
-Ja mam – powiedział James z pewną siebie miną, składając ręce na karku.
Ivy niespodziewanie prychnęła z pogardą, tak nagle, że Abigail aż podskoczyła. Wszyscy wybuchnęli śmiechem na komiczną reakcje Rudej, jednak jej samej nie było do śmiechu. Spojrzała na niego zdumiona i nim zdążyła zadać pytanie, odezwała sie Ivy.
-Naprawdę sądzisz, że przecudowna Vivian będzie chciała pójść z tobą na bal? – spytała blondynka wpatrując się w Jamesa. Chłopak odwzajemnił to spojrzenie, już otwierając usta by się odgryźć.
-Idziesz z tą dzi....– Abigail uprzedziła go i w ostatniej chwili ugryzła się w język.- ....dziewczyną? Tą nową...?
Puchonka poczuła ukłucie zazdrości. Miała nadzieję, że to ją James zaprosi, mimo ich słabych relacji.
-W sumie to jej jeszcze nie zaprosiłem...- dopowiedział James, a w Abigail odżyła nadzieja – zamierzam to zrobić jutro.
-Nie radzę jest strasznie nieuprzejma –rzuciła szybko Abigail – spotkałam ją przypadkiem po zajęciach. Kiedyś...dawno...- dodała zmieszana przypominając sobie ten dzień. W końcu kilka minut później znalazła się  w męskiej przebieralni.
-Przecież nie jest od mówienia – powiedział uśmiechając się lekko. Ivy odwróciła się w jego stronę, a David jakby lekko się od nich odsunął.
-Ty próżna szowinistyczna świnio – wycedziła Ivy – Zawsze wiedziałam, że jesteś idiotą, ale teraz  przeszedłeś samego siebie.
-A co ja takiego powiedziałem? – spytał zupełnie zdezorientowany. Abigail wiedziała co zdenerwowało Ivy,  ale nie zamierzała się wtrącać. Może było to egoistyczne, ale cieszyła się, że James myśli  ten sposób o Vivian. Wiedziała, że związki oparte na czymś takim, szybko się kończą. A jej było to na rękę.
-Co takiego powiedziałeś? Jesteś jeszcze bardziej tępy niż myślałam – stwierdziła i nagle wstała z krzesła akcentujac każde słowo uderzeniem w blat – I nie mam zamiaru ci tłumaczyć tak oczywistych rzeczy bo jesteś zbyt, wielkim, aroganckim...
Ivy rozkręciła się na dobre i wcale nie zapowiadało się, że będzie lepiej: James wykrzywił usta w tak dla siebie charakterystycznym grymasie złości.
-Och, doprawdy? – zapytał zakładając ręce na piersi, kiedy skończyła.
- Och, doprawdy! –przedrzeźniła go zaciskając dłoń na ramieniu torby. Ich słowa tonęły w ogólnym harmiderze panującym w pomieszczeniu.
-...I jeśli jeszcze raz coś takiego powiesz to...
-To co? Co mi zrobisz? – spytał drwiąco pochylając się do przodu.
Ivy zacisnęła usta w gniewnym grymasie. Obydwoje patrzyli sobie wyzywająco w oczy
David postanowił zareagować zanim dojdzie do rękoczynów.
-Rozumiem, że bardzo się lubicie i że musicie to sobie jakoś okazać, ale czy możecie wreszcie się zamknąć? – Powiedział spokojnym , ale stanowczym tonem – proszę?
-Nie mam zamiaru jej ustępować.- warknął James mrużąc orzechowe oczy, nawet nie odwracając się w stronę przyjaciela.
David opuścił ręce w bezradnym geście, jednak po chwili odezwała się Ivy.
-Więc ja ustąpię.
James był wyraźnie rozeźlony, jednak David spojrzał na nią zdumiony. Mina dziewczyny jednak w żadnym wypadku nie była łagodna.
-Głupszym się ustępuje – wyjaśniła i nim ktoś zdążył coś powiedzieć, chwyciła kurtkę wiszącą na oparciu i nawet jej nie zakładając prędko wyszła z baru.
-Może pójdę z tobą? – zawołała za nią Abigail, jednak drzwi baru już się zamknęły.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
-Tak bardzo się nas boisz? – odezwał się David z uśmiechem.
-No coś ty – odparła śmiejąc się histerycznie i siadając na brzegu krzesła.
-Mamy nadzieję, że spotkamy cię PO następnym treningu
Obaj wybuchnęli zgodnym śmiechem. Rzuciła im pełne politowania spojrzenie.
-I tak nie było, co oglądać –  po tych słowach ich miny zrzedły, a Abigail powoli podniosła się z miejsca uśmiechając się tryumfalnie. Poczuła jak wraca jej pewność siebie. –  Nie wmówicie mi, że nigdy nie chcieliście wejść do damskiej przebieralni – rzuciła na odchodnym, pozostawiając ich z ogłupiałymi minami.

                         ***
Rozdział jest krótki i może nie najlepszy, ale robiłyśmy wszystko co mogłyśmy. Wybaczcie, że tak długo nie było nic nowego. Następnym razem postaramy się, by notki pojawiały się częściej, choć możliwe,że będą dosyć krótkie, jak ta. 
Dziękujemy wszystkim, którzy tu ciągle wchodzą i to czytają :)

wtorek, 27 września 2011

Rozdział VIII - Rozbierany Quidditch

Abigail szła opustoszałym korytarzem rozglądając się bacznie dookoła. Wsłuchiwała się w panującą ciszę, gotowa w każdym momencie uciec, gdy tylko usłyszy jakikolwiek dźwięk. Jednak najbardziej obawiała się, stukotu laski, co zwiastowałoby przybycie Filcha. Było bardzo wcześnie.
Rano. Coś koło czwartej, powoli zaczynało świtać.
Jej kroki odbijały się cichym echem, gdy przemierzała korytarz. W kieszeni miała zaadresowaną kopertę z listem do rodziców. Żywiła nadzieję, że sowa dotrze do domu jeszcze nim rodzice wyjdą do pracy, wtedy może nawet dziś otrzyma od nich odpowiedź. To było bardzo ważne, okropnie ważne. Musiała dostać odpowiedź dziś i to jak najszybciej, bo inaczej...
Gdy wyszła z zamku, okazało się, że jest dużo zimniej niż się tego spodziewała. Zaczęła biec w stronę sowiarni, parę razy potknęła się omal nie upadając, aż w końcu dotarła do celu. Szczękając zębami wspięła się po krętych schodach na wysoką wieżę. Weszła do środka i stanęła w progu na chwilę, by wyjąć list z kieszeni płaszcza, i wtedy usłyszała czyjś głos dochodzący z boku. To był James! Właśnie miała przekroczyć próg i tym samym wyjść z ukrycia, jednak w ostatniej chwili z tego  zrezygnowała.
-W mroku w  dnia w środku...Co to ma niby być?! –spytał James rozdrażnionym tonem.
Abigail przesunęła się trochę bliżej.
-Możliwe, że to nie jest to....- rozpoznała lekko zawiedziony głos Davida.
-Nie no coś ty! Nie domyśliłem, się! –warknął James.
-Nie wkurzaj się....Może po prostu pisze wiersze
-Kto normalny pisze takie wiersze? – spytał James  z drwiną w głosie – i co to jest Dzień Narodzenia?
-Narodzenia czego? –spytał David lekko nieprzytomnie i ziewnął przeciągle.
-Ty tępaku! Nie wiem! Tak to bym się nie pytał, tak?- dodał ze złością, ale po chwili westchnął ciężko.- Wybacz stary, ostatnio jestem trochę podenerwowany. No wiesz Lily i te sprawy...
-I Abigail...- wtrącił David.
Ruda nawet nie myśląc, że nie powinno podsłuchiwać cudzych rozmów, przysunęła się do samej krawędzi i nadstawiła uszu. Nagle dziewczyna poczuła swędzenie w nosie i nim zdążyła je powstrzymać kichnęła. Przyłożyła dłoń do ust, jednak było za późno.
-Co to było?
Abigail zerwała się z miejsca i nim ją nakryli, zbiegła na dół i ukryła się za wielką zbroją.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, a ona miała wysłać list, więc postanowiła zaryzykować i wrócić się do sowiarni, przygotowując wymówkę. Przecież nic jej nie zrobią, a nawet nie udowodnią , że przed chwilą tam była.
 Jednak, gdy weszła do środka nikogo tam nie zastała, co bardzo ją zaskoczyło, ponieważ do sowiarni prowadziły tylko jedne schody, a na pewno zobaczyłaby gdyby ktoś z nich schodził. Abigail wychyliła się przez okno, by sprawdzić czy nikt nie wisi na gzymsie. Zmarszczyła brwi i cofnęła się gdy ku swojemu zdumieniu nikogo tam nie zobaczyła. Rozejrzała się i po chwili znalazła odpowiednią sowę, czyli tą którą uznała za najszybszą. W czasie zawiązywaniu listu na nóżce ptaka, wciąż rozmyślała o rozmowie którą usłyszała. Zastanawiało ją jak Jamesowi i Davidowi udało się wyjść niepostrzeżenie z sowiarni. Przecież to było niemożliwe....

* * *
Ivy siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym i zaspanymi oczami wpatrywała się w kominek, w którym od dawna nie palił się ogień. Siedziała tutaj od dobrej godziny, gdy okropny koszmar wyrwał ją ze snu i odebrał ochotę do dalszego snu. Niespodziewanie drzwi pod portretem odchyliły się i do środka wszedł James razem Davidem. Chyba nawet jej nie zauważyli i prędko weszli po schodach do dormitorium chłopców  w milczeniu. Ivy zmarszczyła brwi, ale powrotem położyła głowę na oparciu sofy i pogłaskała kota śpiącego jej na kolanach po czarnym łebku.

* * *

Abigail była dziś wyjątkowo dumna ze swojego wyglądu, dopóki nie zobaczyła tej nowej dziewczyny na korytarzu. Czarnowłosa piękność z podniesioną głową minęła ją w przejściu do Wielkiej Sali w otoczeniu grupki chłopców. Zamiast czarnego podróżnego płaszcza miała na sobie szkolną szatę z godłem domu węża. Nawet taki zwyczajny ubiór nie odbierał jej wdzięku. Abigail poczuła  ukłucie uczucia, którego nie rozpoznawała. Nie było to przyjemne.
Abigail nie dając niczego po sobie poznać dosiadła się do swoich rozgadanych znajomych przy stole Puchonów. Dyskretnie zerknęła na stół obok. Nie było przy nim ani Jamesa ani Davida. Lekko zawiedziona odwróciła się do reszty Puchonów, którzy jak zwykle gawędzili wesoło.
-Wiem jak nazywa się ta nowa uczennica – szepnęła podekscytowana Danielle, nachylając się, by wszyscy mogli ją usłyszeć. 
Odruchowo obejrzeli się na Ślizgonów, jednak gdy uznali, że nikt nie próbuje ich podsłuchać, Danielle kontynuowała:
-Ma na imię Vivian. Vivian Vittori. Jej ojciec jest włoskim ministrem.
-Ministrem czego? – spytała Abigail przechylając głowę.
-Tego jeszcze nie wiem – przyznała niechętnie – Ale niedługo się dowiem!
-Jest dość blada jak na Włoszkę. –stwierdził Josh odwracając się, by spojrzeć na Ślizgonkę -Au! – jęknął osłaniając głowę rękami przed uderzeniem zwiniętą w trąbkę gazetą – Za co?
-A ty już dobrze wiesz! – syknęła Lucy wymierzając kolejny cios.
Grupka Puchonów zachichotała cicho, gdy Josh nie zważając na kolejne uderzenia objął Lucy w talii i położył swoją głowę na ramieniu dziewczyny.
-Co dziś w Proroku? – spytał z przymilną miną i pocałował Lucy w policzek. Dziewczyna najwyraźniej zmiękła, bo otworzyła gazetę i przebiegła wzrokiem po tekście.
-No i? – spytała podekscytowana Danielle podnosząc brwi tak wysoko, że aż schowały się pod ciemną grzywką.
-Och! – wykrztusiła z siebie Lucy, odkładając gazetę na blat. Josh wziął ją do ręki i otworzył na odpowiedniej stronie. Po chwili odłożył Proroka na miejsce i objął wyraźnie wstrząśniętą Lucy.
-Co się stało? – spytała szybko Danielle wpatrując się wyczekująco w Josha, jednak on tylko pokręcił lekko głową.. Abigail prędko sięgnęła po gazetę szukając odpowiedniej strony. Danielle natychmiast przyłączyła się do rudej. Szatynka zbyt mocno złapała za brzeg strony, przez co rozerwała się na środku.
-Co pisze? – spytał Luke nagle pojawiając się tuż za plecami Abigail i Danielle. Dziewczyny aż podskoczyły tak je zaskoczył.  Ruda bez słowa rzuciła mu gazetę.
-Znaleziono kobietę która zaginęła trzy dni temu, no wiesz tą Rachel – powiedziała patrząc mu w oczy – A raczej... jej resztki.
-Jej ciało było w takim stanie, że na początku nawet nie mogli jej rozpoznać – wtrąciła cicho Danielle.
-Znaleźli ją zakopaną głęboko pod ziemią. Gdzieś w lesie. – dodała Abigail ponuro – tuż przy mugolskim miasteczku.
Luke przenosił wzrok po kolei na zdruzgotaną Lucy, to na Josha, który ją obejmował, Danielle siedzącą z opuszczoną głową, a w końcu na Abigail, która wpatrywała się w niego bez wyrazu.
Luke po chwili milczenia opadł na ławkę obok nich. Nie odzywając się do siebie, jedli śniadanie. Atmosfera była ponura, zupełnie nie pasująca do ich zwykłego porannego zachowania. Josh i Lucy wyszli wcześniej.
Danielle odchrząknęła.
-Eee....To ja też będę się zbierać. – mruknęła  podnosząc się ze stołu.
Abigail zerknęła przez ramię i przeszukała wzrokiem stół Gryfonów. Gdy dostrzegła twarz osoby, dla której specjalnie wcześniej przyszła na śniadanie, zupełnie bez namysłu wstała z miejsca. Ku jej zaskoczeniu, ale i radości  ta osoba również podniosła się z drewnianej ławy. Serce przyśpieszało bicie, gdy chłopak zbliżał się do niej coraz bardziej. Przeszedł wzdłuż stołu, a potem skręcił w prawo. Abigail nie czekając dłużej, szybkim krokiem ruszyła w jego kierunku. Teraz byli na wprost siebie. Ruda zatrzymała się raptownie, czekając aż brunet podejdzie do niej wystarczająco blisko. Poczuła miłe ciepło w klatce piersiowej, mimowolnie się uśmiechnęła, gdy napotkała wzrok orzechowych oczu. Rozpierało ją takie szczęście, że miała ochotę podbiec do Gryfona i od razu rzucić mu się na szyję, jednak  uznała, że pierwszy krok należy do niego. James unikał jej wzroku, uznała to za dobry znak – była pewna, że pewnie jest zawstydzony. „Ach, ta Gryfońska duma...”, pomyślała nie odrywając wzroku od wysokiej postaci. 
Kiedy dzieliło ich nie więcej niż piec stóp, a James usilnie wbijał wzrok w ziemię, Abigail w obawie, że jednak zrezygnuje, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
-Cześć, James – zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
Chłopak zatrzymał się tuż przed nią i włożył ręce głęboko do kieszeni szaty.
-No, cześć – odpowiedział ciągle nie patrząc jej w oczy.
-To dla mnie wiele znaczy, naprawdę....-zaczęła Abigail i poczuła jak palą ją policzki – to niezmiernie urocze...
James podniósł głowę i spojrzał na nią. Tym razem to ona unikała kontaktu wzrokowego.
-To bardzo miłe z twojej strony. Wcale się nie gniewam... Już nic nie mówię – dodała po sekundzie przerwy i spojrzała mu w oczy z wyczekiwaniem.
James zrozumiał, że czegoś od niego oczekuje, ale zupełnie nie miał pojęcia, co ma zrobić.
Nastała krępująca cisza, w której stali jak dwa posągi, nie patrząc na siebie. Abigail zagryzła dolną wargę, a James poczochrał włosy ze zdenerwowania
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało, aż końcu James odchrząknął przerywając nieprzyjemne milczenie.
-A no tak....Ja właśnie chciałem....-zaczął brunet wyraźnie zakłopotany. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę, wpatrując się w zaczarowany sufit.
Abigail całą się rozpromieniła. „Jest taki słodki! Musi bardzo żałować, że aż tak się denerwuje!”
-Ja też chciałam...
-Chciałem....
Oboje odezwali się w tym samym momencie:
-Przeprosić.
- Już iść.
Ponownie nastała cisza. Usta Jamesa rozchyliły się w niemym zdumieniu. Potarł podbródek, jednocześnie zasłaniając usta, jakby chciał powstrzymać słowa, które już padły. Nie sądził, że oczekuje od niego przeprosin...
Abigail nagle zaśmiała się idealnie udawanym śmiechem, choć tak naprawdę powstrzymywała łzy. Myślała, że zamierza ją przeprosić za to jak ją potraktował, podczas, gdy on....
-Aha...No to....do zobaczenia – powiedziała prawie pogodnym tonem i natychmiast ruszyła w stronę wyjścia.
James stał przez chwilę bezruchu, nie wiedząc, co począć. Kroki Abigail odbijały się cichym echem, zagłuszane przez setki głosów, aż w końcu zupełnie ucichły, a jej sylwetka była za jego polem widzenia.
-Abigail! Zaczekaj! – zawołał  i raptownie ruszył za nią choć nie miał żadnego planu. Abigail zatrzymała się powoli i odwróciła głowę.
-Tak? – spytała, jak gdyby nigdy nic.
James zdezorientowany jej postawą, podszedł do Rudej. Stali w zupełnie opustoszałej Sali Wejściowej, gdzie każdy dźwięk odbijał się donośnym echem od wysokiego sklepienia.
-Eee....To może....-Przerwał i odchrząknął, gorączkowo zastawiając się nad tym co powiedzieć. Abigail stała w miejscu  i wpatrywała się w niego wyczekująco.
-Chciałeś coś jeszcze powiedzieć?
James palnął pierwszą rzecz jaka przyszła mu na myśl:
-Może poszłabyś na kremowe piwo w tą sobotę?
-Z wielką chęcią – odparła sztywno, jednak jej twarz rozjaśnił uśmiech.
-Tak na przeprosiny...- powiedział z niepewną miną – Umówiłem się wcześniej z Davidem i jeśli nie masz nic przeciwko to pójdziemy też z nim. Co ty na to?
-Nie ma problemu..
Stali tak przez chwilę. W końcu Abigail bez żadnego pożegnania skierowała się w kierunku schodów. Gdy jej postać już prawie znikła z widoku, James nagle coś sobie przypomniał.
- To o piętnastej w Sali Wejściowej! Aha, i nie zapomnij kasy, bo rodzice obcięli mi kieszonkowe za ostatni numer i nie starczy mi żeby wszystkim postawić....
-Pewnie. To na razie.
Abigail uśmiechnęła się i zbiegła po schodach do podziemi.
James przez chwilę w osłupieniu wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Abigail. Poczochrał swoje i tak już sterczące włosy i głośno wypuścił powietrze z ust.
-James coś ty najlepszego narobił. – mruknął sam do siebie i powolnym krokiem wrócił do Wielkiej Sali.

* * *

Ivy dokładniej przykryła się pierzyną, gdy chłodny powiew wiatru owionął jej skórę. z powrotem próbowała wrócić w objęcia Morfeusza, jednak sen nie chciał wrócić. Była zbyt zmęczona, żeby wstawać, ale zimno wpływające do pokoju z otwartego okna przy jej łóżku było nie do zniesienia. Na oślep sięgnęła rękami, czubkami palców już dosięgła drewnianej ramy. Wyciągnęła się najbardziej jak mogła, ciągle nie otwierając oczu, czułą, że brakuje jej tylko paru milimetrów.  Zgięła nogę w kolanie i nim zdążyła się czegoś złapać, spadła z głuchym łoskotem na podłogę.
Dopiero to całkowicie wyrwało ją ze snu. Gdy nieco chwiejnie podniosła się z ziemi, rozejrzała się po pustym dormitorium. Zaraz, zaraz.....Jak to pustym? Spojrzała na zegarek.
-Za pięć dziewiąta.... – mruknęła, odczytując godzinę z budzika leżącego na szafce nocnej – za pięć dziewiąta...Co...? O nie!
W jednym momencie chwyciła białą koszulę leżącą na szafie, który była elementem ich mundurku szkolnego i uprzednio zdejmując błękitna piżamę, zaczęła zapinać małe guziczki.
-Szybciej, szybciej! – szepnęła do siebie, gdy drżącym dłońmi zapinała koszulę.
Podbiegła do niedużej szafki nogach łóżka i przez parę chwil gorączkowo przerzucała jej zawartość, aż w końcu wyciągnęła z niej ciemne spodnie i naciągnęła je na nogi. Rozejrzała się po pokoju.
-Krawat. Gdzie jest krawat? – mruknęła przeszukując wzrokiem pokój – Ach, olać noszenie krawatów! Nie mam na to czasu!
Porwała torbę leżącą za łóżkiem, dziękując sobie w duchu, że spakowała się wczoraj wieczorem i szybkim ruchem nałożyła na ramiona długą, czarną szatę, założyła buty i wybiegła z dormitorium. Pokój wspólny i korytarze były puste, więc puściła się biegiem w kierunku wyjścia  z zamku. Torba wrzynała jej się boleśnie w ramię i obijała o bok, gdy przemierzała kolejne korytarze.
Nagle nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Zwolniła, aż w końcu zatrzymała się zupełnie i ciężko dysząc oparła się o zimną ścianę. Ze zdziwieniem stwierdziła, że choć przebiegła dopiero przez trzy piętra jest zmęczona tak jak nigdy po takim dystansie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Oparła dłonie na kolanach i wzięła głęboki oddech. Powoli wracała jej siłą, jednak ciągle nie czułą się najlepiej.To pewnie, dlatego, że nie jadłam śniadania, pomyślała.
Raptownie przypomniało jej się, że powinna już dawno być na lekcji.  Zmuszając się do wysiłku pobiegła w kierunku cieplarni.
Na dworzu jak zwykle ostatnio, padało, więc gdy weszła do szklarni była cała przemoczona, a jej buty umazane błotem. Wszyscy podnieśli głowy, przerywając wykonywane właśnie czynności gdy usłyszeli trzask drzwi. Trcohę zmieszana tym nagłym zainteresowaniem, zdjęła przemoczony płaszcz, starając się nie zwracać uwagi na spojrzenia reszty uczniów. Ivy odetchnęła z ulgą, gdy klasa wreszcie wróciła do swoich zajęć. 
-Panno Hunter, spóźnienie – powiedział profesor Longbottom, nie odrywając wzroku od rośliny, którą się zajmował.  Głos miał stłumionym przez maskę zasłaniającą twarz. Przycinał właśnie jakieś długie wijące się pnącza, które uparcie starały się chwycić się jego ramienia.
-Przepraszam – odpowiedziała - budzik mnie nie obudził
-Lepiej późno niż wcale – Nauczyciel rzucił jej uśmiech, który miał oznaczać, ze się nie gniewa – gdy ja chodziłem do szkoły bez przerwy się spóźniałem. Lepiej załóż maskę – dodał, wskazując na dokładnie taką samą osłonę jaką miał na twarzy.
Ivy wykonała polecenie i – jak na niemalże każdej lekcji zielarstwa – założyła grube rękawice ze smoczej skóry. Nikt nie musiał już o tym przypominać, każdy uczeń zakładał je automatycznie po wejściu do cieplarni. Na tym poziomie większość magicznych roślin była na tyle niebezpieczna, że takie środki. były konieczne.
Podeszła do wolnego stanowiska i przypatrując się temu, co robią inni, po chwili załapała, jakie zadanie maja wykonywać.
Uczniowie w klasie umilali sobie czas rozmową z sąsiadami w czasie przycinania pokrytych zieloną mazią pędów,  ciągle będąc maksymalnie skoncentrowani ma ruchliwych mackach. Profesor Longbottom przechadzał się wokół grządek i przypatrywał się ich pracy.
Ivy w lewej dłoni miała ciężkie nożyce, a drugą przytrzymywała zielony pęd podczas, gdy inne próbowały sięgnąć jej twarzy i barków. Instynktownie odchyliła się do tyłu zapominając, że ma maskę.
Raz po raz dał się słyszeć dźwięk zaciskanych metalowych nożyc i upadających na posadzkę części roślin. Całą podłogę pokrywał lepki, żółty śluz.
-Ivy!
Ivy całkowicie skoncentrowana na swoim zadaniu, podskoczyła omal nie wypuszczając z dłoni nożyc.
-David! Wystraszyłeś mnie! – powiedziała jednocześnie odwracając się w jego stronę.
-Wybacz. – odpowiedział szybko. Był cały wysmarowany glutowatą substancją.
-O co chodzi? – spytała powracając do przycinania rośliny. Było oczywiste, że nie przychodzi do niej  po to, żeby pogadać. Był bardzo miłym i sympatycznym chłopakiem, ale rzadko ze sobą rozmawiali,  przeważnie tylko na treningach..
-Matt zmienił godzinę treningu. Mamy zjawić się na boisku od razu po lekcjach.
-Czy on zwariował? – spytała i zapewne podparła by się pod boki, gdyby tylko miała wolne ręce.
-To niewykluczone – odparł ze swoim zwykłym uśmiechem. Okropna maź spłynęła po osłonie i rozprysnęła się na podłodze.  – Ale cóż poradzić?
-Wiesz chociaż dlaczego? Jeśli nie ma żadnego konkretnego powodu to chyba go zabije.
Ciach! Ivy zacisnęła palce na wielkich nożycach i podłoga pokryła się nową warstwą lepkiej mazi. Trochę soku poleciało prosto na Davida, który przeciągnął dłonią po osłonie, by nieco ją wyczyścić.
-Wybacz!
-To nic i tak jestem cały brudny. Uważa, że Ślizgoni chcą podkraść mu jego nową taktykę – poinformował ją David zerkając niepewnie w lewo.
Ciach! I kolejna macka upadła na podłogę.
-Nie można im ufać, wiem o tym, ale bez przesady! Czy on chce, żebyśmy padli trupem przed weekendem?
-Jakoś dożyjemy. W końcu najważniejsze to z nimi wygrać. – oznajmił nie odrywając od czegoś wzroku – Musimy. I pamiętaj Ivy. Musisz złapać tego znicza pierwsza. Postaraj się dobra?– dopiero teraz na nią zerknął. Ivy odwróciła się na chwilę od swojej grządki i spojrzała w jego szmaragdowo zielone oczy.
Nagle na końcu stołu rozległo się głośne „Au!” i oboje spojrzeli w  tamtą stronę. To James walczył z mackami oplatającej go szybko rośliny, a właściwie dwóch roślin.
-Muszę lecieć, zapomniałem o tym!
Ivy wróciła do swojego zajęcia, jednak kątem oka obserwowała zmagania chłopaków. Najlepszymi zielarzami to oni nie byli, ale profesor Longbottom przyjmował każdego kto miał przynajmniej zadowalający i chęć do pracy. W przypadku tych dwóch nie była to chęc do pracy, po prostu myśleli, że zielarstwo to będzie sielanka. Mylili się.
W głowie ciągle kołatały jej się słowa wypowiedziane przez Davida: „Musisz złapać tego znicza pierwsza. Postaraj się dobra?”. Miała wrażenie, że wszystkim się wydaje, że nie wie jaka odpowiedzialność spoczywa na jej barkach. Doprowadzało ją to do szału, bo dawała z siebie wszystko na treningach i aż za dobrze wiedziała ile od niej zależy. Pamiętała, co było na ostatnim meczu z Puchonami i nie miała zamiaru ponownie dopuścić do tego, a ten brak wiary w jej umiejętności wcale nie w niczym nie pomagał. Miała wrażenie, że jej drużyna uważa ją za zupełnie beznadziejną. A może rzeczywiście była zupełnie beznadziejna?
Do rzeczywistości przywróciła ją kleista macka, która usiłowała wymierzyć jej policzek ukryty pod przezroczystą osłoną.
Ponownie rozległo się charakterystyczne „ciach!” i macka wylądowała z pacnięciem na zalanej gęstym sokiem podłodze.
Ivy zerknęła na koniec stołu. James był cały umazany żółtą mazią i właśnie z bardzo zaciętą miną próbował wyrwać roślinę z korzeniami. Wyglądało to tak komicznie, że pewnie by się zaśmiała, jednak  słowa, które padły przed paroma minutami ciągle atakowały jej myśli i uparcie nie dawały za wygraną. 
Potrząsnęła głową jak gdyby próbowała wyrzucić to z głowy. Ponownie poczuła się słabo, choć nie tak bardzo jak, gdy biegła na lekcje. Na chwilę zamknęła oczu, by nie dąć opętać się wszechogarniającemu zmęczeniu.
-James, co ty wyprawiasz?! – zawołał profesor Longbottom  podbiegając do bruneta zmagającego się z pędami.
Gdy lekcja dobiegła końca zdążyła zapomnieć o zmęczeniu i poszła na kolejną lekcję.
Idąc korytarzem dostrzegła w tłumie uczniów jasne, niemalże białe ulizane włosy.Ciągle pamiętała o swoich przypuszczeniach, co do tego kto zabrał księgę, więc nie myśląc wiele pobiegła blondyna i stanęła przed nim. Chłopak zmarszczył brwi i wykrzywił usta.
-Stoisz mi na przejściu, szlamo. Zjeżdżaj stąd – warknął próbując ją wyminąć, jednak Ivy ponownie zastąpiła mu drogę.
Poczuła że krew w niej zawrzała i że ma wielką ochotę potraktować blondyna jakąś wyjątkowo paskudną klątwą, jednak spróbowała się opanować.
-Nie, dopóki nie zwrócisz mi tego, co ukradłeś.
-Chyba pomieszało ci się w tej pustej głowie idiotko. Nigdy nie wziąłbym niczego, czego dotykały twoje brudne łapy.
-Oddaj mi książkę – powiedziała Ivy z  groźbą w głosie i spojrzała w jego zimne oczy.
-Niczego ci nie zabrałem, nie dociera?
-I niby mam ci uwierzyć?
-To już twój problem – syknął. Ivy pozwoliła mu siebie wyminąć. Po chwili zniknął  tłumie.Nie wiedziała, co o tym myśleć.   

* * *
Abigail raźnym krokiem zmierzała w stronę boiska do Quidditcha. Specjalnie wyszła z dormitorium dwadzieścia minut wcześniej, żeby zaszyć się w szatni zanim James z resztą drużyny zacznie się w niej przebierać. 
James bez koszulki, tego nie mogła przegapić!  Przeszedł ją dreszcz.
Nie wiedziała skąd przyszedł jej do głowy taki szalony pomysł, ale uznała, że to będzie dobre zadośćuczynienie za jego wczesniejsze zachowanie, a poza tym...chciała go zobaczyć. Ot tak, po prostu.
Przy każdym kroku woda z kałuży, rozpryskiwała się pod kolorowymi kaloszami, które dzisiaj założyła. Słyszała jak krople deszczu bębnią o kaptur naciągnięty na głowę.
Dziedziniec był pusty. Z rozmarzeniem przymknęła powieki.
Nagle poczuła jak jej ramie uderza w coś twardego. Szybko wróciła do rzeczywistości. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła były wściekle wpatrujące się  nią złote oczy. Zaskoczona, odsunęła się do tyłu, co pozwoliło jej ujrzeć w całej okazałości, stojącą przed nią postać.  Długonoga, o idealnych kształtach, nawet w mundurku wyglądała świetnie. Choć widać było, że strój był nowy i dobrze dopasowany to nie umniejszało faktu, że dziewczyna przed nią była wręcz zjawiskowa. 
-Przepraszam, nie zauważyłam cię – powiedziała Abigail chcąc załagodzić sytuacje.  
-Co mi z twoich przeprosin? – fuknęła dziewczyna – Patrz co narobiłaś!
Abigail spojrzała w miejsce, w które Vivian wskazywała smukłą dłonią. Na ziemi leżało parę książek, całych przemokniętych i ubrudzonych błotem.
-Nie chciałam, przepraszam. Można to bardzo łatwo naprawić, wystarczy jedno zaklęcie. – odparła uprzejmym tonem, jednak nie kryjąc zdziwienia. Nie spodziewała się, że można w ten sposób zareagować na taką błahostkę. – szybko to załatwię – dodała wyciągając różdżkę.  Puchonka nawet nie zdążyła wymówić formuły zaklęcia, gdy Vivian z odrazą odepchnęła jej rękę.
-Nie dziękuje – warknęła, przywołując książki zaklęciem. Dziewczyna odwróciła się na pięcie, a jej długie włosy chlasnęły Abigail po twarzy i szybko zniknęła w szkolnym korytarzu.



Ruda przez chwilę stała po środku dziedzińca zszokowana tym, co przed chwilą zaszło. Jednak nie chcąc trącić więcej czasu pobiegła w stronę boiska Quidditcha.
Stopy zapadały jej się po kostki w błocie, więc droga zajęła jej nieco więcej czasu niż się spodziewała. Po cichu weszła do męskiej szatni. Wszędzie leżały porozwalane ubrania i torby. „Czyli trening już się zaczął. Chyba zmienili godziny... Nieważne.” Wiedząc, że ma czas do końca treningu zaczęła spokojnie rozglądać się za jakąś dobrą kryjówką.
Gdy powoli przechadzała się po pomieszczeniu, niespodziewanie usłyszała głosy, a po chwili kroki zbliżającej się drużyny. Zupełnie spanikowana weszła na wąską półkę, która zakrywała gruba kotara. Szybko przeciągnęła zasłonkę po drewnianym drążku, tak by ją zasłoniła. Stare i nieużywane już miotły przyczepione do ściany utrudniały jej utrzymanie równowagi, jednak nie miała wyboru. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, a nie chciała zostać nakryta.
Wcześniej stłumione głosy nabrały na ostrości. Dał się słyszeć dźwięk odkładanych mioteł, a po chwili odgłosy zdejmowania ochraniaczy i ubrań. Abigail nie mogąc dłużej się powstrzymywać stanęła na palcach i wystawiając czubek  głowy oparła się o drewnianym karniszu. "Chyba upadłam na głowę" - pomyślała.
Abigail, patrząc jak męska cześć gryfońskiej drużyny zdejmuje sportowe szaty. Wzrokiem wyszukała swój cel. James rozsznurowywał buty.
Przed obiektem jej westchnień stanął właśnie kapitan drużyny- jeśli dobrze pamiętała miał na imię Matt. Zasłaniał jej cały widok. Szybkim ruchem zdjął podkoszulek. Abigail musiała przyznać, że nie dało się nic zarzucić jego sylwetce. Szybko schowała głowę za zasłoną, gdyż przez chwilę zdawało jej się, że ktoś patrzy w jej stronę.  Po chwili znowu stanęła na palcach, by móc się popatrzeć . Czuła, że palą ją policzki. Domyślała się, że ze wstydu, jednak nie potrafiła przestać się im przyglądać. To było chore!
Po paru minutach, gdy zaczęli się ubierać tym razem w szkolne szaty, Abigail była w stanie ich ocenić. Niezaprzeczalnie na pierwszym miejscu był Matt, potem Vince, następnie David, później Aaron, a niestety ( ku jej zaskoczeniu) na szarym końcu znajdował się James. Był wysoki, ale chudy jak tyczka! W szkolnym szatach nie wydawał się tak....wątły.
Większość drużyny wyszła z przebieralni. Został tylko James i David, co bardzo jej odpowiadało. 
-Wyszli? – spytał James, schylając się by związać buty.
-Tak – odparł David opierając się o ścianę -Jak myślisz mówiła prawdę?
-Ciężko ją zrozumieć. To byłoby trochę dziwne, gdyby to okazało się prawdą. Bo kto normalny coś takiego wymyśla? To chyba oczywiste, że kłamała. Pytanie dlaczego?
-A może mówiła prawdę...
James podniósł brwi, patrząc na niego z politowaniem. Na chwilę zamilkli. Brunet założył na ramiona białą koszule.
-Chciałbym zaprosić ją na bal – powiedział David po chwili milczenia.
Abigail skrzywiła się. Oczywiście! Teraz wszystkie dziewczyny zostaną bez pary, bo każdy będzie chciał pójść z niezaprzeczalnie piękną Vivian! Abigail w złości mocno oparła się o belkę. Usłyszała trzask i nim zdążyła cokolwiek zrobić runęła na ziemię razem z karniszem.
-Co do...
James i David z wyrazem skrajnego zdziwienia obserwowali zmagania dziewczyny z zasłoną, w którą się zaplątała. Przez dłuższa chwilę nawet nie drgnęli, byli tak zszokowani. James zamarł w trakcie zapinania guzików koszuli.
-Co do...- powtórzył brunet, ale nie zdołał dokończyć zdania. Ciągle wpatrywał się w rudowłosą dziewczynę, której wreszcie udało się uwolnić z warstw grubego materiału. Stali teraz na wprost siebie. Abigail otworzyła usta, by się jakoś wytłumaczyć, jednak po chwili je zamknęła, gdyż nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. 
-Abigail. Co ty do jasnej cholery robisz w męskiej szatni? – Spytał James siląc się na spokojny ton, jednak jego głos zdradzał totalne zdumienie. David wciąż będąc w szoku, wpatrywał się w nią szeroko otwatymi oczami.
-Ja...ja...właśnie wychodziłam – Abigail z starając się  zachować resztki dumy zadarła głowę i szybko zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Czy ty nas podglądałaś?
Abigail zatrzymała się w pół kroku i zaśmiała się histerycznie.
-Na głowie upadłeś? Ja? Za kogo ty mnie masz?
-To co tutaj w takim razie robiłaś?
-Ja....Szukałam czegoś – skłamała odrzucając włosy za ramiona.
Przez chwilę patrzyli na nią z niedowierzaniem, jednak James najwyraźniej odzyskał pewność siebie.
-I co znalazłaś? – spytał zakładając ręce na piersi.
-Z zaskoczeniem stwierdzam, że nie – odpowiedziała i szybko wyszła.
James spojrzał na niedowierzającego Davida.
-A co będzie potem, skoro już teraz nas podgląda?
Po tych słowach założył kurtkę i obaj wyszli z przebieralni.

  ~*~
Rozdział pojawił się późno, ponieważ z powodu nawału prac domowych i masy nauki brakuje nam czasu na pisanie. Nie ma, co obiecywać, że wkrótce się to zmieni, bo niektórzy nauczyciele chyba mają wrażenie, że nie marzymy o niczym innym jak tylko o tym, by ślęczeć nad lekcjami cały dzień. Jednak będziemy się starać, by notki nie pojawiały się tak potwornie rzadko ;)
A i oczywiście zachęcamy do podsuwania pomysłów i wyszukiwania błędów lub po prostu napisania tego, co się nie podoba. To bardzo pomocne :)